Kiedyś, między jednym mailem
a drugim, snuli wizje o tym, jakby to było czadowo przejechać na motorze całe
Stany. Pamiętam, jak się zapalali do tego pomysłu, jak się podsycała tęsknota
za przygodą, podlewana kolejnymi kuflami piwa na imprezach firmowych. Marzenie,
które bezceremonialnie obśmiewałam, wkurzając ich tekstami o frędzelkach
motocyklowych kurtek, furgoczących na wietrze w ślad za nimi.
Moi Koledzy z
biurek obok – kilka lat później. Jeden wrócił z badań okresowych z podwyższonym
cholesterolem. Szybko znalazł towarzysza niedoli w Drugim. I tak sobie
pogadują, co im jeszcze wolno,
a czego już nie. Taki stek albo goloneczka z
piwkiem raz na jakiś czas – żaden grzech chyba? W końcu 220 przy normie 200
to przecież nie powód do wielkiego niepokoju? No, 250 to już gorzej – Drugi ma
przechlapane zdecydowanie bardziej.
Czytają sobie razem listę rzeczy od dziś
zakazanych – ciągnie się nieskończenie, prawie jak Route 66.
W międzyczasie
wpada do biura ten Trzeci. Mówi, że ruszać to on się za bardzo nie może, bo coś
mu
w plecach wzięło i strzeliło. Na amen. Pierwszy pociesza, że miał to samo w
zeszłym roku, lekarz zalecił na podłodze leżeć na plecach z nogami w górze,
innej rady ponoć nie ma, żeby kręgi na swoje miejsca powskakiwały. Drugi wtrąca,
że też zna ten ból.
– Strarość nie radość – podsumowują. W
okolicach czterdziestki wszyscy trzej.
– Co będziecie mówić, kiedy
skończycie osiemdziesiąt lat? – pytam, bardzo już ubawiona tą rozmową.
–
Jakie osiemdziesiąt? Osiemdziesiątki to my nie dożyjemy – odpowiada przy
wtórze Kolegów, ten Trzeci.
I dorzuca – Na całe szczęście...
piątek, 5 kwietnia 2013
czwartek, 4 kwietnia 2013
MONOCHROMATYCZNIE – MONOTEMATYCZNIE
Nie piszę, no bo ileż można o pogodzie. Temat niby zastępczy, ale za to jaki jednoczący – wszyscy mają tak samo dość.
Z tęsknoty za kolorem wpadłam w czarną rozpacz. 4 kwietnia przebijam się do pracy przez zaspy, to jest tak tragiczne, że aż niemożliwe.
W wir zajęć rzucam się dopiero, kiedy zapada zmrok, to, co za oknem, odbiera wszelkie chęci do działania. Upcykling pochłania mnie bez reszty, do naszej imprezy został miesiąc – już wiem, że to będzie więcej, niż intensywny, czas. Dzisiaj nagrywaliśmy spot reklamowy, z małą rólką moich dłoni i dużą butelki PET – bardzo jestem ciekawa efektu.
Na komodzie koło łóżka, na stole pod oknem, w torebce – wszędzie książki przeczytane w połowie, bez widoków na ostatnią stronę na razie. A w kolejce już czekają następne. Zwierciadło wydaje zbiór felietonów Tomasza Jastruna "Czułym okiem", Wydawnictwo Karakter nową książkę Filipa Springera "Zaczyn. O Zofii
i Oskarze Hansenach" – cieszę się na nią szczególnie. I na "Chustkę", która już w maju.
Usłyszałam dziś, że globalne ocieplenie, o którym tyle mówiło się w ostatnich latach, ma poprzedzić mała epoka lodowcowa. Czyżbyśmy mieli właśnie jej przedsmak? Nic, tylko pakować plecak i spadać stąd, gdzieś do śródziemnomorskich krain, o ile też nie zlodowacieją.
Uprawiać oliwki i winogrona, zawsze mieć w aparacie kolorowy film.
Z tęsknoty za kolorem wpadłam w czarną rozpacz. 4 kwietnia przebijam się do pracy przez zaspy, to jest tak tragiczne, że aż niemożliwe.
W wir zajęć rzucam się dopiero, kiedy zapada zmrok, to, co za oknem, odbiera wszelkie chęci do działania. Upcykling pochłania mnie bez reszty, do naszej imprezy został miesiąc – już wiem, że to będzie więcej, niż intensywny, czas. Dzisiaj nagrywaliśmy spot reklamowy, z małą rólką moich dłoni i dużą butelki PET – bardzo jestem ciekawa efektu.
Na komodzie koło łóżka, na stole pod oknem, w torebce – wszędzie książki przeczytane w połowie, bez widoków na ostatnią stronę na razie. A w kolejce już czekają następne. Zwierciadło wydaje zbiór felietonów Tomasza Jastruna "Czułym okiem", Wydawnictwo Karakter nową książkę Filipa Springera "Zaczyn. O Zofii
i Oskarze Hansenach" – cieszę się na nią szczególnie. I na "Chustkę", która już w maju.
Usłyszałam dziś, że globalne ocieplenie, o którym tyle mówiło się w ostatnich latach, ma poprzedzić mała epoka lodowcowa. Czyżbyśmy mieli właśnie jej przedsmak? Nic, tylko pakować plecak i spadać stąd, gdzieś do śródziemnomorskich krain, o ile też nie zlodowacieją.
Uprawiać oliwki i winogrona, zawsze mieć w aparacie kolorowy film.
niedziela, 31 marca 2013
ŚWIĘTA
To
nie był mój miesiąc. Nie w tym roku.
Może dlatego świątecznie zrobiło mi się dopiero u Rodziców. Wkładają w przygotowania zawsze tyle serca, przekraczam próg domu i nagle jestem w świecie bez szarości, w którym wszystko jest na swoim miejscu, dokładnie takie, jak powinno być. Chciałabym, żeby kiedyś mogli poczuć to samo u mnie.
Olga podarowała nam bukiet żółtych tulipanów, dwadzieścia słońc na tle zimowego okna. Jeszcze wczoraj
w drodze z kościoła Asia fotografowała przebiśniegi. Dzisiaj mamy na balkonie ptasi nalot, ptasią stołówkę
i ptasie radio. Przyroda zdezorientowana tym, co się dzieje, tak samo jak my. Wysypujemy do karmnika ostatnie zapasy ziarna, podglądamy zza firanek z atlasem w ręku, tylu gatunków naraz to niecodzienny widok. Kosy, gołębie, wróble, sikorki, zięby, dzwońce – w tej wspólnej śnieżnej niedoli zapominają, że zwykle walczą ze sobą.
Szukamy filmów, w których są wiosna i lato.
Dziwne te Święta. Kulinarnej weny we mnie za grosz, jedyne, co robię, to fotografuję w kuchni Innych.
Mielenie sera na sernik, ucieranie w makutrze masła z cukrem, ubijanie piany z białek, krojenie jarzyn na sałatkę, pieczenie domowych wędlin. Wszystko ma wyrazisty smak – i żurek, i pasztet, i drożdżowa baba. Wszystko kipi kolorami. Tylko świat tak męcząco bezbarwny.
Nasze pisanki, jak co roku – ugotowane w łupinach cebuli jajka, na których wyskrobujemy żyletkami, co tylko przyjdzie do głowy. Asi wzory niedoścignione, mocne wyraźne kreski, piękne. Ja zwykle wymyślam mało wielkanocne historie, w tym roku miasto inspirowane „Sklepami cynamonowymi” Schulza, trochę obrazami Chagalla. Miasto, które budzi ze snu anielska trąba.
Może to jednak opowieść o Zmartwychwstaniu?
Może dlatego świątecznie zrobiło mi się dopiero u Rodziców. Wkładają w przygotowania zawsze tyle serca, przekraczam próg domu i nagle jestem w świecie bez szarości, w którym wszystko jest na swoim miejscu, dokładnie takie, jak powinno być. Chciałabym, żeby kiedyś mogli poczuć to samo u mnie.
Olga podarowała nam bukiet żółtych tulipanów, dwadzieścia słońc na tle zimowego okna. Jeszcze wczoraj
w drodze z kościoła Asia fotografowała przebiśniegi. Dzisiaj mamy na balkonie ptasi nalot, ptasią stołówkę
i ptasie radio. Przyroda zdezorientowana tym, co się dzieje, tak samo jak my. Wysypujemy do karmnika ostatnie zapasy ziarna, podglądamy zza firanek z atlasem w ręku, tylu gatunków naraz to niecodzienny widok. Kosy, gołębie, wróble, sikorki, zięby, dzwońce – w tej wspólnej śnieżnej niedoli zapominają, że zwykle walczą ze sobą.
Szukamy filmów, w których są wiosna i lato.
Dziwne te Święta. Kulinarnej weny we mnie za grosz, jedyne, co robię, to fotografuję w kuchni Innych.
Mielenie sera na sernik, ucieranie w makutrze masła z cukrem, ubijanie piany z białek, krojenie jarzyn na sałatkę, pieczenie domowych wędlin. Wszystko ma wyrazisty smak – i żurek, i pasztet, i drożdżowa baba. Wszystko kipi kolorami. Tylko świat tak męcząco bezbarwny.
Nasze pisanki, jak co roku – ugotowane w łupinach cebuli jajka, na których wyskrobujemy żyletkami, co tylko przyjdzie do głowy. Asi wzory niedoścignione, mocne wyraźne kreski, piękne. Ja zwykle wymyślam mało wielkanocne historie, w tym roku miasto inspirowane „Sklepami cynamonowymi” Schulza, trochę obrazami Chagalla. Miasto, które budzi ze snu anielska trąba.
Może to jednak opowieść o Zmartwychwstaniu?
sobota, 30 marca 2013
piątek, 29 marca 2013
POGODOWE NONSENSY
Pamiętam wiosnę w czwartej klasie liceum. Spacery po rozkwitającym mieście i przesiadywanie na ławkach po szkole, z moją pierwszą Miłością.
Tego roku w Lany Poniedziałek uciekałyśmy przed chłopakami z sąsiedztwa w letnich sukienkach – nie zostawili wtedy na nas suchej nitki. Było tak ciepło, że właściwie nie miało to większego znaczenia.
Pamiętam ostatnią Wielkanoc u Babci i kometę zawieszoną nad domem. W bezchmurny wieczór można było ją obserwować wyraźną, jak na dłoni.
Pamiętam kolorowe apaszki, którymi, chyba jakoś na początku liceum, obdarowałyśmy się z Olgą na zajączka i które na tamtą świąteczną pogodę były w sam raz.
Pamiętam taki Dzień Kobiet we Wrocławiu – rozpięte płaszcze, wiosenne pantofle, dziewczynę z bukietem żółtych bratków.
Pamiętam moje pierwsze Katowice z P., które w połowie marca przywitały mnie obłędnym słońcem, takim na krótki rękaw.
Pamiętam początek kwietnia sześć lat temu. Czekałam na ławce na właściciela mieszkania, które za chwilę miałam wynająć. Kwitły wszystkie drzewa i krzewy wokół bloku.
I pamiętam zapach marcowego powietrza. I marcowych pocałunków. To był zapach wiosennego wiatru. Zawsze.
Dzisiaj rano wstałam, spojrzałam za okno i powiedziałam głośno sama do siebie: "To jest chyba jakiś żart!"
Z roku na rok coraz mniej wiosny.
A. śmieje się, kiedy mówię, że kiedyś wszystko było lepsze.
Ale było.
Tego roku w Lany Poniedziałek uciekałyśmy przed chłopakami z sąsiedztwa w letnich sukienkach – nie zostawili wtedy na nas suchej nitki. Było tak ciepło, że właściwie nie miało to większego znaczenia.
Pamiętam ostatnią Wielkanoc u Babci i kometę zawieszoną nad domem. W bezchmurny wieczór można było ją obserwować wyraźną, jak na dłoni.
Pamiętam kolorowe apaszki, którymi, chyba jakoś na początku liceum, obdarowałyśmy się z Olgą na zajączka i które na tamtą świąteczną pogodę były w sam raz.
Pamiętam taki Dzień Kobiet we Wrocławiu – rozpięte płaszcze, wiosenne pantofle, dziewczynę z bukietem żółtych bratków.
Pamiętam moje pierwsze Katowice z P., które w połowie marca przywitały mnie obłędnym słońcem, takim na krótki rękaw.
Pamiętam początek kwietnia sześć lat temu. Czekałam na ławce na właściciela mieszkania, które za chwilę miałam wynająć. Kwitły wszystkie drzewa i krzewy wokół bloku.
I pamiętam zapach marcowego powietrza. I marcowych pocałunków. To był zapach wiosennego wiatru. Zawsze.
Dzisiaj rano wstałam, spojrzałam za okno i powiedziałam głośno sama do siebie: "To jest chyba jakiś żart!"
Z roku na rok coraz mniej wiosny.
A. śmieje się, kiedy mówię, że kiedyś wszystko było lepsze.
Ale było.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


