czwartek, 6 grudnia 2012

PREZENT OD JULII MARCELL

Miałam sen z gatunku tych absurdalnych – śnił mi się Maciek z jogi, mój powrót na zajęcia, ta jego radość zaraźliwa, a potem podróż w kilka osób maluchem, który nagle za sprawą nieznanej siły z impetem zaczął się staczać w tył. „Ja wysiądę” – krzyknęłam, kiedy wszystkie sposoby na zatrzymanie rozpędzonego samochodu zawiodły, otworzyłam drzwi i… ze snu wyskoczyłam na jawę. Często śni mi się ostatnio, że wracam na jogę, moja podświadomość uparcie usiłuje mi chyba coś powiedzieć. I taka cudna moc asanowa była ze mną w tym śnie…
W pracy dzień wizyt. Rano odwiedził nas najprawdziwszy Święty Mikołaj ze swoją Śnieżynką i hojnie obdarował słodkościami, które na ogromną próbę wystawiają moją silną wolę i chwilową cukrową detoksykację. Ogromna jest w nas tęsknota za dziecięcą beztroską i radością, w głębi duszy chyba nie dorastamy nigdy, budzą się te dzieci w nas najbardziej w czasie takim, jak ten. Pozujemy do zdjęć z Mikołajem uchachani i przez chwilę znowu jesteśmy w przedszkolu. Tylko tym razem Mikołaj nie ma brody z anielskiego włosia i jest kobietą – naszą sekretarką Izą.
Na moment zawitała też delegacja warszawska. Niedostępny, otoczony nimbem prezesowania człowiek, z przejęciem i pasją opowiadał, jak to na brzozę pod jego oknem przylatuje dzięcioł czarny, ginący gatunek! Jakiś cień sympatii dla tej radości z dzięciołowych wizyt, mimo wszystko.
W drodze powrotnej minęłam na ulicy chłopaka z prezentem w gigantycznej, niemal jego wzrostu torbie, z ogromnym Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem na przodzie. Nie można było się nie uśmiechnąć do całej trójki. Pomyślałam, że to jest właśnie tak czas, kiedy ma się ochotę odłożyć na bok wszystkie dorosłe książki
i wieczorną porą poczytać Kubusia Puchatka. 


Julia Marcell rzuciła we mnie czapką Mikołaja! Trafiła prosto w moje ręce! Nie, to nie żart. Mikołajkowy wieczór spędziliśmy w chorzowskiej Szufladzie na wyjątkowym koncercie. Kiedyś Florence Welch pięknie powiedziała o tym, co zawsze czułam, ale nigdy nie znalazłam tak trafnych słów: „Chciałabym, żeby moja muzyka brzmiała jak upadek z drzewa lub wysokiego budynku albo wessanie w głąb oceanu, gdzie nie można złapać tchu. Aby przytłaczała, ogarniała i przepełniała, a słuchacz eksplodował albo po prostu zniknął”. Od czasu do czasu trafiam na taką właśnie muzykę – tak było, kiedy pierwszy raz usłyszałam „Cosmic Love”, tak było i z Julią Marcell. „Czerwiec” stał się nagle jesiennym miesiącem, „Echo” w słuchawkach nie cichło nawet na chwilę, przez całą tamtą, pełną niespodziewanych zdarzeń i małych życiowych rewolucji, jesień.
Pierwszy raz usłyszałam Julię na żywo w Sosnowcu, podczas Dni Województwa Śląskiego. Fantastycznej muzyce zabrakło atmosfery, przeszkadzał klimat rodzinnego festynu z nieodłączną kiełbaską z rożna i piwem
w plastikowym kubku, miałam wrażenie, że połowa ludzi znalazła się tam przypadkiem.
Dziś było zupełnie inaczej. Klubowo kameralnie, gorąco od emocji, momentami zabawnie. Bo też świetny ma Julia kontakt z publicznością, jest bardzo spontaniczna, żywiołowa, niesamowicie kobieca. I ten głos… Przejmujący. Ukłonem w stronę dzisiejszego dnia był „Blue moon”, zagrany i zaśpiewany w mikołajowych czapkach na głowie, które na pożegnanie powędrowały w stronę publiczności i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką jednej z nich. A. śmiał się potem, widząc moje radosne oszołomienie, że pewnie zajmie honorowe miejsce w pokoju – a i owszem, zajmie.
Wracaliśmy przez pełne gwiazdkowych iluminacji ulice. W zeszłym roku o tej porze Julia Marcell też była na Śląsku, ale na tamten koncert nie dotarłam, choć bardzo chciałam. W któryś ze szpitalnych wieczorów A. przysłał mi zdjęcie pełnego światła drzewa. Dzisiaj znaleźliśmy podobne. Jestem ich fanką absolutną.


środa, 5 grudnia 2012

MYŚL. WIERZ. MARZ. MIEJ ODWAGĘ. DZIAŁAJ.

Na dzisiejszej kartce z kalendarza: „Pamiętaj credo Walta Disneya: Myśl. Wierz. Marz. Miej odwagę”. Piękne, prawda? Tak, wydawałoby się, niewiele na drodze do spełnienia, a jednocześnie potrzeba tej umiejętności pozytywnego myślenia, wiary w siebie, odważnych marzeń i działania. Przede wszystkim działania.  
Bardzo chciałam napisać o wrażeniach z kolejnej kinowej wersji "Anny Kareniny", z lektury nowych magazynów kulinarnych – KUKBUK wprawdzie przeczytany od deski do deski, ale SMAKowanie wciąż przede mną. Recenzja filmowa też musi zaczekać.
Ostatnie dni zakupowo przyziemne, ale uszlachetniające duchowo, wracamy zmęczeni, z brakiem ochoty już na cokolwiek poza wypiciem herbaty czy pogłaskaniem kota, a lista rzeczy do zrobienia wciąż nie ma końca. Tymczasem zima zagościła na dobre. Uparcie nie będę wierzyć przez chwilę w moc ludowych mądrości
mimo barbórki po lodzie, czekam na białe Święta.   

poniedziałek, 3 grudnia 2012

GERDA I KAJ

Wstać lewą nogą. Wsciekać się od rana. Mamrotać pod nosem. Narzekać. Na wszystko.
Wsiąść do samochodu, jak śniegowa chmura. 
Jechać w milczeniu, z radiem podgłaśnianym nerwowo, żeby wypełnić ciszę. 
I nagle usłyszeć:
"Zobacz, jaka piękna zima". 
I stopnieć. Stopnieć w momencie.
Jak w tej blogowej opowieści Remigiusza Grzeli o spotkaniu z Krystyną i Stefanem Chwinami: 
"Mówili  ( ...), o tym, że całe życie są w rozmowie, że nieustannie rozmawiają, inspirują się, razem podróżują, że świat oglądany w pojedynkę jest w jakimś sensie inny, bo brakuje mu perspektywy czterech oczu.
Mówili o sobie w odniesieniu do baśni o Gerdzie i Kaju, i że fragment lodu w oku trzeba topić codziennie, pracować nad tym
."


Fot. A.

P.S. Dodałam nowe wpisy wrześniowe – 18, 19, 20, 23 września, gdyby Ktoś miał ochotę na retrospekcję.

niedziela, 2 grudnia 2012

SZLACHETNI

Biało. Coraz bielej.
Zima – blisko, coraz bliżej.
Piszemy. Przerywam co chwilę, spoglądając na drzwi do ogrodu, czy zaświecą za szybą kocie oczy. Znowu się Powsinoga zawieruszyła. Nie rozumiem swojej ambiwalencji w stosunku do tego Kota. Walczę z jej domowym wszędobylstwem, a jednocześnie lubię wiedzieć, że jest – nakarmiona, ogrzana, mrucząca z zadowolenia. Przedziwne.
A w moim rodzinnym domu wciąż bronimy się przed miłością do innego zwierzaka. Ciągle nie chcemy kochać innego psa, pozwolić na inną opowieść, na nową historię. Chyba, że kiedyś znajdzie nas sam, tak, jak Sesja znalazła A. My nie będziemy szukać. Jeszcze nie.
Przez ostatni tydzień żyłam historiami Rodzin, które znalazły się w tegorocznej bazie Szlachetnej Paczki. Aż uświadomiłam sobie, że nie mogę przeczytać ani jednego opisu więcej, bo nie będę w stanie zrobić nic, nie będę w stanie uśmiechnąć się przez cały grudzień, cieszyć się tym świątecznym czasem. To są bolesne relacje, zmieniają optykę patrzenia na wszystko, każą, naprawdę każą spokornieć. Ale jeszcze bardziej zmienia się optyka, kiedy się postanowi pomóc. Nie przypuszczałam, że poczuję się taka szczęśliwa, kiedy A. powiedział „jasne, robimy paczkę”. I kiedy zaczęli wspierać nas w tym Inni. Dziękuję Wam, Kochani. Bardzo. Nasz przyszły tydzień będzie wielkim wyzwaniem organizacyjnym, cieszę się na to.
Powygrzewałam się przez weekend w domowym, kojącym, smacznym cieple. W spotkaniach, słowach
i uśmiechach. A teraz wygrzewam się przy kominku. I oswajam grzywkę. Potrzebowałam zmiany, radykalnego cięcia. I już. Stało się. Jest inaczej. I dobrze.
Uświadomiłam sobie w weekend, w domu pełnym prezentów i kulinarnych zakupów, że do Świąt zostały zaledwie trzy tygodnie. I że jestem daleko w szczerym, zasypanym śniegiem polu – z piernikami, dekoracjami, sprzątaniem, moimi prezentami, ze wszystkim tym, co zaplanowałam. Koniec z szaro-burym, rozmemłanym listopadem. Rozmigotany grudzień już się dzieje.
Jest i nasza Zguba. Wyjątkowo łaskawa dziś w domaganiu się pieszczot. A. opowiedział mi niedawno dowcip: „Kiedy głaszcze się psa, on myśli sobie: Ten człowiek to jakiś Bóg, karmi mnie, dba o mnie… Kot w tej samej sytuacji pomyśli: Człowiek dba o mnie, karmi mnie… Chyba jestem Bogiem”.
Bosko prawdziwe.