poniedziałek, 21 marca 2016

teraz albo nigdy


No to może w sylwestra, wiadomo refleksje na koniec roku, a 2015 był tak gęsty od nieoczekiwanych zdarzeń, że byłoby o czym pisać. Nie, jednak 1 stycznia, w końcu skoro "z Nowym Rokiem nowym krokiem" "nowym blogiem" też pasuje. W Trzech Króli można było jeszcze jakoś nawiązać do podsumowań i postanowień. Można było też 7 stycznia potraktować jak nowy start po przedłużonym świętowaniu. Styczeń, jak to styczeń,
w międzyczasie zdążył nabrać rozpędu i zapędzić się aż do lutego. "33 dzień roku. Do końca roku pozostały 333 dni" 2 lutego zakomunikował wyświetlacz w autobusie, a mnie przyszło do głowy, że to świetny tytuł na pierwszy post w 2016. Minął dzień 34, 35, 40 i 50. Marzec! To musi być marzec, wiosna przecież, a ten miesiąc, jak żaden inny, miewa dla mnie coś dobrego w zanadrzu. 1 marca i ani dnia później.

W sumie... co to za różnica 1, czy 21? Niby żadna. Niby mnie bawią te rytuały przejścia, a jednak potrzebowałam pierwszego dnia wiosny, żeby między słowami znowu powiedzieć Wam "dzień dobry".

31 grudnia, 1, 6, 7 stycznia, 2 lutego, 1 marca i jeszcze z kilkanaście razy pomiędzy miałam wreszcie opowiedzieć, jak w moim życiu przez ostatni rok zmieniło się prawie wszystko. "Zmiana", "działanie", "poszukiwania" słowa-wytrychy ostatnich miesięcy. Ale to już było. 4 marca minął rok w nowym mieszkaniu.
14 marca minęły trzy miesiące w nowej pracy. Niedawno, przygotowując prezentację na spotkanie "Fryzjera
w podróży" z młodzieżą i przekopując facebookowe archiwa, uświadomiłam sobie, ile ważnych rzeczy zrobiliśmy z Tomkiem. Nie miałam pojęcia, że aż tyle. A przecież była jeszcze PRaca z Tatianą, z Gosią, z Arturem, z moimi Chłopakami z "Departamentu PR", z którym rozstawialiśmy się prawie pół roku i który dzisiaj już nie istnieje.
I byli Ludzie. Ci nowo poznani, którzy stali się bliskimi i Ci najbliżsi, bez których nic by nie było. Mam szczęście do Ludzi. Takich, że nie można, nie da się ich pisać z małej litery i to nie żaden patos jest, ale uwielbienie. Wdzięczność, na którą nie ma słów niech chociaż będzie ta pretensjonalnie wielka litera.


No dobrze. Skoro już wiadomo, że przez cały ostatni rok czegoś szukałam, jak nie mieszkania to nowej roboty, jak nie straconego czasu to czasu na życie, co dzieje się teraz, dzisiaj? Wspaniale jest szukać "jedynie" pomysłów na kampanie promocyjne, najlepszego światła do zdjęć albo kwaśnych jabłek na szarlotkę. Mniej wspaniale – czasu, bo tutaj akurat nic się nie zmieniło, jest go chyba jeszcze mniej. Mam uczulenie na te wszystkie modne ostatnio hasła, jak "wychodzenie ze strefy komfortu", nawiązując jednak chciałabym przez chwilę po prostu spokojnie pobyć sobie w swojej. Dla odmiany. Tak twórczo, jak nie pozwoliła na to ubiegłoroczna proza życia. Tego miałam Wam życzyć u progu nowego roku. Tego życzę Wam u progu wiosny. I jeszcze – cokolwiek robicie, dbajcie o siebie. Bądźcie dla siebie dobrzy, po prostu. 
 

niedziela, 20 marca 2016

o tym, jak zgubiłam miesiąc

 
Wybudzam się ze snu. Czuję znajomy ból w dole brzucha. „Ale jak to, przecież dopiero co…”, myślę i… dociera do mnie. W sekundę jasne staje się, dlaczego od tygodnia dostaję smsy o zaległych płatnościach.
„Przecież specjalnie w tym miesiącu opłaciłam wszystko z góry, żeby mieć spokój” – do tej pory wkurzałam się przekonana, że ktoś tu chyba zwariował. Nie zastanowiłam się, jak to możliwe, że w tym samym czasie zwariowali ci z banku, ci od internetu i ci od prądu też – na dłuższą refleksję, a co dopiero sprawdzenie wyciągów z konta, nie było czasu. Na przeczytanie nowego KUKBUKA też, aż zdążył ukazać się kolejny. „Czyżbyście z nowym rokiem zmienili się w miesięcznik?” – dobrze, że nie wyjechałam z tym pytaniem na FB magazynu. Razem z ćmiącym bólem, przychodzi olśnienie. Zgubiłam miesiąc. Tak po prostu. Trzydzieści dni, w czasie których powstały teksty i makieta wiosennego KUKBUKA, a moja komórka jajowa zdążyła dojrzeć, uwolnić się
i obumrzeć. I owszem, zapłaciłam rachunki, ale to było na początku lutego, a właśnie mamy marzec. Coś tu jest nie tak. Coś tu jest bardzo nie tak.
Zaczyna mnie boleć wszystko.


***
Był tylko jeden taki weekend, w który wystarczyło wsiąść w pociąg i rano po raz pierwszy zobaczyć morze zimą. Tydzień później, kiedy wreszcie mogłam, śniegu na plaży już nie było.
Z tego głodu zimy nie obraziłabym się nawet na codzienne brnięcie na obcasach przez zaspy, z palcami powykręcanymi z zimna i obawą, czy za chwilę jakiś sopel nie rozłupie mi głowy. Nieliczne zimowe momenty witałam w tym roku radością szczenięcą, jak kiedyś nasz pies. Pościel pachnąca mrozem, dzieci zjeżdżające na sankach, graficzne czarno-białe kadry. Zwykłostki, jak ładnie mówi Ewa Szumowska. Choć, im ich mniej, tym bardziej nie-zwykłe.
A schronisko „Samotnia” wciąż skąpane w śniegu. Wystarczyłoby wsiąść w pociąg…
Albo wreszcie wybudzić się z zimowego snu. 


wtorek, 1 grudnia 2015

randka z miastem – street art – kobiety mony tusz


Kiedy pracowałam jeszcze tylko na etacie i mieszkałam w ścisłym centrum Katowic, chodziłam na randki z miastem co drugi dzień. Czasem to był tylko wspólny, niespieszny spacer przez park z pracy do domu, innym razem film w kinie studyjnym albo obiad w ulubionej restauracji. Dawałam się zapraszać na wernisaże i spotkania autorskie wokół interesujących mnie książek. Włóczyłam się z aparatem i gotowa byłam przejechać autobusem trzy dzielnice tylko po to, żeby sfotografować nowy mural albo odrapane zielone drzwi. Bardzo to lubiłam.
Z południa nagle wszędzie zaczęło być za daleko, za późno, za długo. Coraz więcej pracy, coraz mniej czasu na wszystko.
Dlatego tym bardziej cieszę się, kiedy zdarzają mi się takie dni, jak dawniej. Kiedy wstaję rano i wiem, że dziś mogę pobyć z moim miastem do woli. Bywa, że mam w głowie od razu cały plan, ale najciekawiej jest, kiedy wszystko wymyśla się spontanicznie. Dobra randka musi mieć w sobie niespodziankę, zatrzymać się czasem 
w jakiejś bramie, czasem odebrać mowę z zachwytu. 
Właśnie na takiej byłam niedawno. Przez zupełny przypadek weszłam w podwórko przy ulicy 3 Maja, tam, gdzie ma swoją siedzibę Teatr bez Sceny. I choć na jednym, jedynym kursie pisania, na jakim byłam, zabroniono nam używać słowa "piękny", bo pretensjonalne i w ogóle obciach, w tym przypadku pomyślałam je jako pierwsze. Bo tak, dawno nie widziałam tak PIĘKNEGO muralu. Kobiety Mony Tusz poznam wszędzie. Tym przyglądałam się z dobrą godzinę, ku zdziwieniu lekko zawianego pana, na którym ten rodzaj sztuki najwyraźniej nie robił żadnego wrażenia. On na pewno nie zauważył, że przez monokl obserwuje na nas kot. Ale to nie wszystko.
Bo, im dłużej patrzeć, tym więcej w tym obrazie można zobaczyć. Najpierw tylko znajomą kreskę, rysunek jak cieniowany ołówkiem, czarne jak węgiel tło. Potem kolorową mozaikę. I – kiedy się dobrze przyjrzeć, maleńkie mozaikowe ludki. I te większe, ukryte w bujnych włosach namalowanych kobiet. A może to wcale nie włosy, tylko snujące się wokół nich historie, albo myśli niespokojne, albo może sny na jawie? A może to wcale nie ludki, które brzmią dobrotliwie, ale małe licha, chochliki, albo dzikie żądze, albo może byli faceci, o których nie sposób zapomnieć? Z każdym spojrzeniem – nowa opowieść. 
Bardzo Was zachęcam, idźcie tam zobaczyć i usłyszeć swoją. 

Od dawna noszę się z zamiarem rozpoczęcia nowego cyklu na blogu. Macie ochotę na "Randkę z miastem"?