sobota, 7 czerwca 2014

dzienniki z podróży - majówka 2012 - czechy

3 maja, czwartek – dzień 4
Nie ma słońca, nie ma rogalików – powiedział A., spoglądając na Mleczarnianą markizę. Taki nam się stworzył wspólnie początek dzisiejszego wpisu, a właściwie stworzył się A., który wstał tak twórczy, jak wczoraj poszedł spać, wystarczyła mała tylko inspiracja w osobie roztargnionego kelnera. Czy to za sprawą braku rogalików, czy pochmurnego poranka, śniadanie jakoś już nie takie, za to te ich krówki to bym wyniosła stamtąd kilogramami. Wyruszamy do Teplic. A., który jest Czechofilem totalnym, z uśmiechem dookoła głowy (nawet wiem, co go przede wszystkim wywołuje), ja z ciekawością, bo właściwie nigdy nie byłam tam dłużej niż jeden dzień. 
Pochmurne niebo potęguje wrażenie niesamowitości miejsc, przez które przejeżdżamy, mijamy ni to bloki, ni to kamienice, ni to domy na granicy ruiny, a jednak jest w nich jakieś koszmarne piękno. Biednie. Bardzo biednie. W oknach znudzone, podparte głowy, przed sklepami drobne pijaczki, trójkami, jak w serialowym Ranczu. Gdzieniegdzie łopocą na wietrze polskie flagi na przemian z praniem albo migają zza szyb święte obrazki, prawie jak w Boże Ciało. Wszystko po drodze zdaje się być odrealnione, jakby poza czasem i rytmem, którym my żyjemy na co dzień. Może dlatego krzyczę tak, jak nie krzyknęłabym gdzie indziej, kiedy ładuje nam się prosto pod koła, z przerażającą premedytacją pies-samobójca, którego w ostatniej dosłownie chwili omijamy. Dobrze, że co jakiś czas krajobraz łagodnieje wiosennie, żółto-biało. 

Lać zaczyna na szczęście dopiero, kiedy już mamy kwaterę, Ubytování Ve Mlýně, prawdziwy apartament po akademikowym noclegu we Wrocławiu. Jest nawet w pełni wyposażona kuchnia, A. skutecznie gasi jednak mój entuzjazm – Czechy to nie jest raj dla smakosza. Odwiedzamy pobliską restaurację, która bawi już samym dancingowym wystrojem. A. wniebowzięty – czeskie piwo jest przecież Ahoj, jak napisał na swoim blogu rok temu. Miła pani kelnerka, jeszcze nie widać dna, a już pyta „Ještě piva”? Raj, prawdziwy raj. Zamawiam czeski grog – herbatę z dużą ilością rumu. I kotleta z kurczaka z knedliczkami – co za rozczarowanie! Nie wiem, skąd we mnie przekonanie, że to coś na kształt naszych pierogów leniwych, bliżej im chyba do klusek na parze, a raczej powinno być bliżej, bo to, co mam na talerzu, najwyraźniej nie do końca jeszcze rozmrożone, nie przypomina swoją gumowatością niczego zjadliwego. „Sałatkę” stanowi liść sałaty z dwoma plasterkami ogórka. Nieźle. A. ma lepiej, Smažený sýr, zdrowy czy niezdrowy, w smaku całkiem dobry. I kofola, trochę jak cukierki cocacolowe. Witajcie Czechy! Przedziwny kraj. Jedyny chyba, w którym deser podaje się przed drugim daniem, śmieje się A, obserwując sąsiedni stolik. Tego wieczoru powie jeszcze: „To jest tylko w Pepikach możliwe, żeby padał na ciebie deszcz, kiedy siedzisz w knajpie”. No fakt, to się chyba zdarza tylko tutaj. I rachunki pisane, na których każde kolejne danie, czy piwo w tej samej cenie to kolejna kreska, prawdziwa osobliwość. 

Wieczorem osobliwości ciąg dalszy. Rozpakowani, odpoczęci, wyruszamy „na miasto”. Teplice po deszczu. Ani żywego ducha. Okien, w których świeci się światło, jak na lekarstwo. Jest po 20.00, co oni wszyscy robią, u licha, zastanawiamy się. Śpią? A. postanawia mnie zabrać do knajpy, w której byli z Idolem częstymi gośćmi 
w tamte wakacje. Otwarte, ale nim zdążymy się rozsiąść, wychodzi właściciel i mówi „vše zavřeno”. No jak zamknięte, skoro otwarte? Nie nadążamy za nimi. Wracamy, zaśmiewając się,  przez ciemne, wymarłe ulice. No, może nie jesteśmy do końca sami, towarzyszą nam… tabuny całe żab. W życiu nie widziałam tylu żab, istna inwazja. Ludzi wymiotło, są żaby. Może to ich drugie wcielenia? Pozostaje nam odwiedzona już dzisiaj knajpa. Właściciel – flegmatyk nieprawdopodobny, ale sympatyczny, mimo że już grubo po 21.00, przynosi nam pyszne, domowe hranolky, wreszcie coś mi smakuje. I piwo oczywiście, nalewane niespiesznie, po żadnej tam ściance, A. jest jego fanem totalnym i w sumie nie dziwię się, dlaczego. Obowiązkowe wyposażenie tutejszych knajp – telewizor. Tylko my, właściciel i jego znajomek w towarzystwie słomianego osła, oglądają coś w stylu naszego „M jak miłość”. Przy piwku, a jakże. Cudny widok, tak w całokształcie. Z sali obok dobiega głośny śmiech Polaków, jest ich wszędzie tyle, co tych żab na ulicach. Oczywiście nie obywa się bez  „Ještě piva”? Mnie to by się chciało ještě hranolków, ale nie mam serca skazywać żony właściciela na skrobanie ziemniaków po nocach. Kreskowy rachunek i do Mlyna. 
Sennie ni stąd ni zowąd majaczy w głowie czeska czołówka do  Večerníček. 

Jak nie napisy to okna

Świdnickie trykotaże pobiły modniarstwo

Po drodze obrazki bardzo wiosenne

I jak z planu "Rancza"

Ubytování w Krainie Osobliwości


4 maja, piątek – dzień 5
Czeski film od rana. A. wraca ze sklepu – minimarketu, w którym nie uświadczysz stoiska z warzywami, najwyraźniej nie przewidziano takiego, ku mojemu rozczarowaniu jedyne zdobycze to jajka, sery, marmolada 
i chleb, z kminkiem oczywiście. Na osłodę lentilky. 

Drewniane biało-brązowe domki, które mijamy w drodze w skały, przywodzą na myśl Austrię, Bawarię może. 
Z traw wyrastają nadgryzione zębem czasu kamienne figury świętych. Śmieją się do nas krasnal ogrodowy 
i staruszka z psem, kiedy robię jej zdjęcie przed domem. 
Wreszcie jest Teplické Skalní Město. Imponujące. Dzikie. Brama Spełnionych Marzeń, w której szepce się moje książkowe życzenie. Wędrówka śladami Goethego. W chmurach słychać sokoły, to ich lęgowy czas 
i szlaki są miejscami zamknięte. Gdzieniegdzie jeszcze śnieg. Zadziwiający, rdzawy kolor rzek i strumyków. Gra światła w szczelinach. Chropowate, ślisko-wilgotne, niemal pionowe, ogromne kamienne ściany. Echo, echo, echo… Sosny uparcie zdobiące skalne półki, prawie niemożliwe, że rosną w takich warunkach. Niektóre skały mają swoje imiona, czytamy i nagle widzimy w skalnych blokach psa z piłką, jeża na żabie, Madonnę z Dzieciątkiem… A obok te bezimienne, które sami nazywamy, bo przecież tak wyraźnie przypominają samuraja, twarz zgryźliwej staruszki, szympansa… Świetne pole dla wyobraźni, moglibyśmy uzupełnić tutejsze przewodniki o nasze odkrycia. 

Ja już wiem, że Czesi warzyw nie uznają. Dziewczyna przy stoliku obok w restauracji najwyraźniej jeszcze nie. Nie wiem, co bawi mnie bardziej – jej szczere zdziwienie: „Ale jak to? Nie moża zamówić sałatki? Noooo, takiej zwykłej, z warzyw… Nie ma?”, czy mina pani kelnerki pt.: ”Sałatki???? Pierwsze słyszę…”  
Teplice nad Metují całe są, jak z czeskiego filmu. Bo właściwie nie wiadomo, dlaczego w sklepowej witrynie pod szyldem „Potraviny & Uzeniny z Polska” stoją… meble. Albo na pierwszy rzut oka niczego sobie Hotel Sokol, 
w którym uznano najwyraźniej, że wystarczy pomalować tylko front, a boczne ściany mogą straszyć, bo kto by się tym przejmował. Jest słoneczny wieczór i gdzieniegdzie przemykają ludzie, ale ciągle nie umiem się pozbyć wrażenia jakiejś niesamowitości tego miejsca. I wszystko dziwnie piękne w swoim zapuszczeniu – poczta, kino z zamurowanym okienkiem biletowym, stary barokowy Kościół. 
Wieczorem Kozel Medium 11° Svetly Lezak, wyjątkowo dobry. Czas bardzo zwalnia tempo.

Miasteczko pełne Świętych, a Czechy to podobno laicki kraj

Taki dom wystarczyłby mi do szczęścia

Kiczowate czy nie, od czasu Amelii jestem fanką krasnali

Ładnie brzmiące Teplice nad Metuji

Trochę, jak w Górach Stołowych?

No czy nie Samuraj?

Światło nie było tego dnia po naszej stronie

Ale pochmurność pasowała do krajobrazu

Estetyka wybitnie czeska

I każdy dom z innej bajki

Kino, niestety nieczynne...

Poczta

Owoce i Zelenina czyli... meble do wyboru, do koloru

"Salon" chyba fryzjerski

Psy w vestibulach niemile widziane

Za to hotelowy front bardzo zachęcający


5 maja, sobota – dzień 6
W Polsce już. Bardzo słonecznie pożegnała nas Kraina Osobliwości. Osobliwości, ale i ujmująco życzliwych ludzi, gdziekolwiek się nie znaleźliśmy. Nasz Mlýn opuszczaliśmy w pośpiechu, z oddechem właściciela na plecach, lada moment mieli chyba przyjechać kolejni goście. Za to zamarudziliśmy dłużej na zakupach, Koneser Czeskiego Piwa i Amatorka Czeskich Słodyczy, Czekolady Studentská w szczególności. Na koniec odkrycie – żeby kupić w Teplicach coś zielonego, trzeba iść do sklepu prowadzonego przez Azjatów. Proste.
 
Adršpach – drugie skalne miasto, które chciał pokazać mi A., było dzisiaj miastem w stanie prawdziwego oblężenia. Bezskutecznie próbuję rozstrzygnąć , które z miejsc poznanych przez ostatnie dwa dni zrobiło na mnie większe wrażenie. Bezskutecznie, bo są właściwie zupełnie inne. Adršpašské skály miejscami przypominają trochę postacie z obrazów Rubensa albo Franciszka Starowieyskiego, w Teplickich więcej jest średniowiecznej strzelistości. Adršpach poraża wręcz monumentalnością skalnych wytworów, w większości wymykających się nazywaniu bezkształtnych, ogromnych form, w których trudniej dostrzec podobieństwa do. Ale za to, jeżeli już są – są bardzo, bardzo widowiskowe. 
W mojej głowie same piękne pocztówki z błękitnym niebem w tle, zastygli w miłosnym zbliżeniu Kochankowie, zapatrzeni w siebie Starosta i Starościna, pięknie wieczni. W nogach z kolei pamięć schodków w miejsca bardziej ukryte – jaskinię z wodospadem, jezioro z kaczką najbardziej kolorową ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałam i wodą odbijającą świat, jak na abstrakcyjnym obrazie. I Mysia Dziura, szczelina, 
w której przy większych gabarytach wcale nie tak trudno utknąć. Bramy skalne, jak do innego świata. Na ścianach jeszcze niezatarte do końca napisy – daty, imiona tych, którzy byli tu przed nami ponad sto lat temu. XIX-wieczne graffiti.  
Przed podróżą ostatni smak Czech – marlenka i miodownik. 
A potem już tylko białość, żółtość, zieloność, błękit i fioletowość na ulicy A. 

Teplice pożegnały nas piękną pogodą

Ostatnie okna...

I  jeszcze trochę lokalnego kolorytu na koniec

Adršpach zaczął się imponująco

Zagadkowy kolor rzek

Dotyk w zapamiętywaniu tego miejsca tak ważny, jak wzrok

Mysia Dziura

I wszędzie uparte sosny

Ja tu widzę posąg jakiegoś bożka

XIX-wieczne graffiti
 
Zaklęci w skały Kochankowie

Starosta i Starościna

Dotknąć dłonią nieba...

Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy nie zapłacić?

Obrazy abstrakcyjne

A tu sielankowy realizm

I równie sielankowa perspektywa na najbliższe wieczory

Przez cały wypad zaczytywaliśmy się w Fistaszkach

piątek, 6 czerwca 2014

dzienniki z podróży - majowka 2012 - wrocław

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie retrospekcyjny cykl na blogu. Dzienniki z bliższych i dalszych podróży, jak slajdy, które chciałabym tutaj mieć. Na początek majówka sprzed dwóch lat – tekst powstał zaraz po powrocie, dzisiaj napisałabym zdecydowanie inaczej, mimo to zostawiam w oryginale, zanotowane "na gorąco".

30 kwietnia, poniedziałek – dzień 1
Dzień Leniwy jak pierogi w Misiu. Z podtytułem: „Nie potrafię się odnaleźć”. Zaskakujące, ale naprawdę  nie potrafię, na szczęście A. bardzo jest cierpliwy dla mojego „Hmmm, to chyba jednak nie tędy… hmmm… znowu nie wiem, gdzie jestem”. Hostel Trio na dziwnie znajomej (?) Trzemeskiej na dobry początek podróży sentymentalnej – jest prawie, jak w Słowiance, identyczne kuchnie i łazienki na korytarzach i ten klucz zostawiany na portierni, jeszcze tylko blaszane meble z łodzi podwodnych i naprawdę byłoby jak w 2000 którymś tam, tylko ja już niestety nie 20-stka. A miasto – niby moje, a jednak na każdym kroku takie inne. Wciąż potrafię odtworzyć w pamięci tamto uczucie sprzed 12-stu lat, kiedy przyjechałam do Wrocławia po raz pierwszy na egzaminy wstępne, wysiadłam na Placu Dominikańskim i zachłystnęłam się, dziewczynka z prowincji, przestrzenią, ogromną przestrzenią, ciągle tak ją pamiętam i ten oszałamiający, ogłuszający huk tramwajów, te kawalkady samochodów ciągnących przez samo centrum miasta na Warszawę. Zupełnie, jak u Poświatowskiej: „chłód wieje z przestrzeni kiedy myślę jaka ona duża i jaka ja”, właśnie tak to wtedy czułam. 
A dziś? Zamajaczył nam na przywitanie już prawie ukończony Sky Tower, krajobraz miejski obyłby się wprawdzie bez niego, za to dużo jest innych, bardzo udanych realizacji, jak chociażby rewitalizacja Renomy czy Monopolu i tych całkowicie nowych, co, jak rozbujała roślinność, zdobywają po kolei, zagarniają tamtą zapamiętaną przeze mną przestrzeń, kolonizują i zasłaniają niebo. I oswoić trzeba wszystko znowu na nowo. 

Oswajanie rozpoczęliśmy więc od Misia, który na szczęście Misiem pozostał, choć zastawę ma już nie społemowską, tylko ikeową. Wciąż można zjeść tu obiad za śmieszne pieniądze, mój zestaw obowiązkowy – barszcz ukraiński, leniwe i kompot, pycha za całe 5,66 zł! Za każdym razem we Wrocławiu jestem naprawdę dopiero na Ostrowie Tumskim, w miejscu, które jak nam się kiedyś wydawało odkryłyśmy z dziewczynami jako jedne z pierwszych, a które, miałam dzisiaj wrażenie, znają już chyba wszyscy. Błoga chwila leżącego na trawie nicnierobienia, leniwego podążania wzrokiem za gondolami na Odrze i kropkami samochodów na Moście Grunwaldzkim, kropkami, już nie sznurkami, od kiedy miasto przy okazji Euro doczekało się w końcu obwodnicy. Chwila na przywitanie się z  mijanym po drodze starym platanem i ciąg dalszy siesty w Ogrodzie Botanicznym. A tam odkrycia: zachwycające fioletowe drzewo o mniej zachwycającej nazwie – Judaszowiec, bladoróżowa japońska wiśnia i ogromnie nas bawiący swoją nazwą ubiorek wiecznie zielony. Fontanna na odrze, jak wtedy, kiedy uczyłyśmy się tam do egzaminów. Znajoma, zawieszona na wodą, ławka. Krasnale, co dotarły 
i tu. Piękna w swoim zapuszczeniu ruina dawnej szklarni. I pełna słońca kawiarnia pod dachem z jasnych płócien. Głęboki oddech. 

A przed chwilą wróciliśmy z grilla nad Odrą, na który zabrała nas Magda. Bogatsi o nowe znajomości, nowe kilogramy (trzy kiełbasy, co to dla mnie!), nowe zdjęcia i o piękną filiżankę w mleczno-błękitne smugi, przypominające plażę i morze albo góry zimą, którą dostałam od Magdy, a która pochodzi z pracowni ceramicznej jej koleżanki. Uwielbiam takie rzeczy. Cieszę się. Cieszę się z tego spotkania w bardzo konspiracyjnym miejscu na tyłach szkoły, w którym znaleźliśmy się dzięki dziurze w płocie. W towarzystwie wędkarzy, kaczek i niczym niewzruszonego bernardyna. Cieszę się z rozmów z Magdą i Jej znajomymi, z Ich zaraźliwej energii, z wybuchów śmiechu, z tej totalnej beztroski i luzu. Krótka myśl, że zazdroszczę Im tego czasu i miejsca. Dłuższa, że ten listopadowy wypadek pociągnął  za sobą – paradoksalnie – tyle dobrych rzeczy, nie byłoby tu ze mną ani A., ani Magdy, pewnie w ogóle by mnie tu teraz nie było. 
W świetle tego nic to, że w prawie 40-stopniowym upale przemierzałam dzisiaj miasto w czarnych legginsach pod kiecką z cienkiej, zbyt cienkiej, jak na poparzone nogi, bawełny, bo nie zdążyłam kupić nic w stylu babcinych bieliźnianych reform, czy – jak życzliwie sugerował któryś z lekarzy – łowickich pantalonów. Naprawdę nic to.  


Na tropie typografii, oznaczeń, szyldów...

...reklam... czyli w swoim żywiole!
  
Ostrów Tumski, tym razem z innej perspektywy
 
"Ulica Japońskiej Wiśni niech ci się przyśni co jakiś czas..."

Judaszowiec, za ładny na to imię

Cały Wrocław w bzach

Nie narzekałabym, zielony to mój kolor

Takie klimaty lubię

Podróż sentymentalna, tylko już po drugiej stronie rzeki...

1 maja, wtorek – dzień 2
Dzień Spotkań w Mieście Spotkań. Z podtytułem „Nieprzypadkowych przypadków?” Bo gdybym tak nie wystrzeliła mi nagle przed oczami fontanna, co kazała przerwać  natychmiast przyjemność spacerowania boso po zielonej trawie i pociągnąć A. z powrotem na Pergolę… Kilka sekund w te czy we wte, kilka metrów dalej niż bliżej i minęlibyśmy się z Anią i Miśkiem niewiedząco. A gdyby tak nie zachciało nam się trawy na powrót po upalnym popołudniu na Rynku, a może gdyby więcej ławek było wolnych, a może gdybym nie powiedziała: „No to Ostrów, jest najbliżej”... Nie usłyszałabym po raz drugi tego dnia „Marta?!!!” i nie zobaczyła Doroty podrywającej się z koca i biegnącej w moją stronę. Wierzę,  naprawdę wierzę, w nieprzypadkowość zdarzeń, 
w sprawczą siłę myśli, w podświadome przyciąganie, gdzieś tam majaczyło jakieś chcenie, ale bez konkretnego umówienia się, bez telefonów, że jestem, no i proszę. 

Rankiem dość wczesnym, jak na Nas, zabrałam A. do Mleczarni na Włodkowica – klimat, jak na krakowskim Kazimierzu. Miło czasem zjeść śniadanie w ogródku na przedknajpianym chodniku, obserwować ludzi, pozwolić obco brzmiącym słowom wpadać jednym, a wypadać drugim uchem, poczuć wakacje wiosną. Zresztą, letnio jest bardziej nawet, niż wiosennie, zdążyłam już spalić nos, ramiona i dekolt. Nie przypuszczałam, że Mleczarnia zapamiętana z czasów studenckich głównie ze spotkań przy piwie, czy gorącej czekoladzie, serwuje tak pyszne śniadania. Przy rogalikach z dżemem truskawkowym Wrocław z Kazimierza stał się Paryżem. Choć A. twierdzi na przykład, że jeszcze bardziej – pewnie za sprawą Odry, kanałów i mostów – przypomina Mu Londyn. 
Wracając jednak do polskich korzeni, głównym punktem majówkowego programu miała być wreszcie Panorama Racławicka. W moim przypadku to już sprawa honoru, no bo jak to tak, przez 5 lat mieszkania we Wrocławiu zlekceważyć zupełnie panów Kossaka i Stykę, toż to prawie tak, jak mieszkać w Katowicach i nie być w Spodku, co też mi się udawało niezmiennie przez 5 lat. O ile do Spodka wreszcie dotarłam, o tyle pod Racławicami nie jest mi chyba dane się pojawić, bilety, zwłaszcza w czasie takim, jak najdłuższy wolny weekend w roku, rezerwuje się  z grubym wyprzedzeniem, kolejki zniechęcały do jakichkolwiek prób pertraktacji. Cóż, znowu została nam trawa, piękna ta Panorama z zewnątrz, naprawdę piękna. Ale, ale – gdybyśmy nie byli zmuszeni zostać na zewnątrz, na A. nie spadłoby z ptasiego nieba to, co spadło i nie miałby zagwarantowanego szczęścia na najbliższe lata, więc nie ma tego złego… 
Przy Renomie utknęliśmy zdjęciowo na dłużej. Złote, pasiaste, wydmowe abstrakcje na błękitnym tle. 
I wreszcie Plac Grunwaldzki – to dopiero przestrzeń nieoswojona, z każdym powrotem do Wrocławia bardziej obca. Każą się więc uśmiechać wciąż te same stare, poczciwe "Sedesowce", które A. na przykład bardzo się podobały. Za nimi… Dwudziestolatka, jak nie Dwudziestolatka, Stołówka Studencka, jak nie Stołówka, i moja Słowianka, jak… Przedszkole. A na poważnie – Akademiki zupełnie odmienione, kolorowe, ładniejsze, na pewno ładniejsze. Na portierni w Słowiance Ruda, w przegródce pokoju 227 klucz. Ta sama skrzynka na listy. Inne ściany, podłogi, nawet schody. W łazienkach i kuchniach świat się zatrzymał, A. zrobił mi zdjęcia pod drzwiami naszego dawnego pokoju i przy kuchence, na której się działy pierwsze samodzielne próby kulinarne. Biedny, buzia mi się nie zamykała od wspomnień. 

Chcieliśmy uciec przed upałem na Pergolę koło Hali Ludowej i do Ogrodu Japońskiego, kiedy tam dotarliśmy, niemal natychmiast zamarzyliśmy o ucieczce przed dzikimi tłumami, które towarzyszyły nam do wieczora. 
I właśnie wśród owych tłumów wypatrzyła mnie pod Pergolą Ania. Poza brzuszkiem całkiem już pokaźnych rozmiarów – Lilka ma przyjść na świat za jakiś miesiąc – nic się nie zmieniła, taka sama roześmiana Drobinka. Umówiliśmy się, że odwiedzimy Ich jutro. A potem próbowaliśmy pobyć trochę w duchu ZEN w ogrodzie pełnym strumyków, drewnianych mostków, drzewek bonsai, w towarzystwie złotego karpia, budującego na naszych oczach gniazdo gołębia i kaczki z całą gromadą kaczątek. I korków ludzi depczących sobie po piętach. Jakakolwiek forma medytacji – wykluczona, spokój niezwruszenie zajętej swoimi sprawami przyrody, która nic sobie z nas wszystkich nie robiła, imponujący! 
Nam pozostało wrócić do Centrum na wrocławski rynek, na którym tradycyjnie już 1 maja Thanks Jimy Festival. Las podniesionych wysoko w górę tysięcy gitar, świetna atmosfera, ale sam moment wspólnego grania „Hey Joe” – rozczarowujący, zupełnie nie tego się spodziewaliśmy. Słyszałam tylko gitary artystów na scenie, zagłuszające wszystko inne, o ileż lepiej wybrzmiałoby to bez jakiegokolwiek nagłośnienia, czy organizatorzy nie mogliby na to wpaść? Szkoda tej energii i szkoda tego rekordu pobitego znowu po 3 latach, 7273 gitarzystów! 
Obiad w knajpce ze zwisającymi z sufitu drewnianymi sztućcami, do której 4 lata temu zabrała mnie Ania, a potem Ostrów i niespodzianka kolejna w postaci(ach) Doroty, Przemka i Ewki. Jak na takie niespodziewane spotkania przystało, wypadało się umówić – oczywiście na jutro. Jutrzejszy wpis zatytułuję chyba „Dzień maratonu”. Ale nie bez radości, naprawdę dawno się wszyscy nie widzieliśmy.  

A to przecież nie koniec spotkań, bo po moich – przyszła kolej na Znajomych A. Patrycja, Filip i Mała Natalia – Ich przekochana Córeczka. Zabrali nas do swojej Pizzerii pod Strusiem,  która nie jest niczym innym, jak filią tej samej Pizzerii Pod Strusiem z okolic Koszarowej, do której zapraszał mnie Łukasz, w której wszyscy oblewaliśmy egzaminy (ach ta filozofia…). Nawet pizza, którą zamówili Patrycja z Filipem, okazała się być tą samą, moją ulubioną indiańską, jaki naprawdę mały jest świat. Tak sobie siedzieliśmy przy nadspodziewane dobrym czeskim piwie kozel i przy opowieściach o jedzeniu, magicznych piecach i planach otwarcia nowego miejsca – tym razem bistra, obserwowani przez blondyneczkę o wielkich, błękitnych oczach swojej Mamy 
i miłości do chowania się w kuchni, odziedziczonej pewnie po Tacie. Miły wieczór. Zakończony równie miło, bo kawą i herbatą różaną w „Zielonej Wróżce”, którą poleciła nam Magda. Jej właścicielka przemykająca bezszelestnie między stolikami z półuśmiechem na ustach, naprawdę miała  sobie jakąś wróżkową dobrą aurę. Dobrej energii było zresztą dużo, bo trafiliśmy na bardzo roześmiany, kobiecy urodzinowy wieczór, przy dźwiękach akordeonu, które mi przypomniały wakacje u Dziadków. Na wprost nas w okiennej ramie Cafe de Nuit van Gogha – nie sposób było nie polubić tego miejsca od pierwszego zajrzenia. 
A wieczór powrotny taki duszny, gorący i bez pachnie oszałamiająco.


Śniadania tylko w Mleczarni na Włodkowica!
Misz-masz na podwórku równie pociągający, jak ten we wnętrzach
W powietrzu lato
"Moja" Panorama Racławicka
Nowa część domu handlowego Renoma
A tu równie ciekawe architektonicznie "Sedesowce"
Krasnale przez ostatnie lata opanowały już całe miasto

Okolice Pergoli – siedziba Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych
W Ogrodzie Japońskim...

...miejscami tylko spokojnie...

...bo amatorów spokoju i egzotyki było wielu...

Wśród nich i... Jogini (?!)... Pan gawędził w tej pozycji przez niemożliwie długą chwilę

Obok tej gromadki trudno było przejść obojętnie
Hey Joe – kolejny rekord
Dzień bez łowienia napisów...
... to dzień stracony, prawda, że ładne słowo?

Wrocław mówi "Dobranoc"


2 maja, środa – dzień 3
Dzień Szczególnego Porozumienia. Z podtytułem takim trochę z przymróżeniem oka – „I krańcowej cierpliwości A.” Dziewczyny moje, którym codziennie rano wysyłam smsową relację z podróży, zapytały dzisiaj, czy mój Towarzysz nie ma jeszcze dość? Hmmm… intensywny ten nasz Wrocław, to prawda, ale inaczej po prostu się tutaj nie da. Tym bardziej, kiedy wraca się po latach do miasta swoich studiów, i kiedy tyle chciałoby się Komuś pokazać.

Maraton zaczęliśmy od śniadania na tyłach Mleczarni, w towarzystwie polsko-niemiecko-włosko-hipsterskim. Wycieczek do Synagogi pod Białym Bocianem przemykających za plecami. Gwiazd Dawida w oknach. Wzrok wędruje za każdym razem do czarnych ptaków, które ktoś wymalował na sąsiednim murze i za którymi myśli szybują do przeszłości tego miejsca. 
Krótka chwila na konstatację, że tym razem w AA Woman nic dla mnie nie ma, dużo dłuższa w Księgarni Taniej Książki na Ruskiej, skąd wyszliśmy bogatsi o grubaśny tom Fistaszków, Listy Stachury i książeczki dla Antosia Doroty. 
Od pierwszego dnia tutuj zaskakują nas pozytywnie samoobsługowe wypożyczalnie rowerów, spotykamy je na każdym kroku. Zdrowo wkurzają mazaje na oknach, murach, drzwiach, to na pewno nie jest street art, a ja nie pamiętam takiej skali wandalizmu ze swoich czasów tutaj. I tylu reklam zasłaniających budynki, co my mamy 
w Polsce z tymi reklamami krzyczącymi zewsząd, nie pamiętam tego z Anglii, ani z Chorwacji. Za to istna inwazja krasnali każe się co chwilę uśmiechać, wczoraj Filip opowiadał, że pomysł na promocję miasta zmienił się w prywatne inicjatywy, kogo stać na krasnala za 6 tysięcy, ten zamawia sobie figurkę – lep na turystów. 
Patrzyliśmy dzisiaj na Wrocław także i mniej przyziemnie, z lotu ptaka , czyli ze szczytu jednej z wież Tumskiej Katedry. Ogrom nie do ogarnięcia nawet wzrokiem, tyle dzielnic na obrzeżach, w które nigdy się nie zapuściłam. A potem na trasie maratonu Muzeum Narodowe, a tam wystawa Polski New Look – ceramika użytkowa lat 50. i 60. Zakochałam się w serwisie Iza z Chodzieży, zachwycaliśmy się figurkami iwupowskimi – porcelanowymi kobietami i zwierzakami, są tak ładne, że aż pojawia się myśl, żeby mieć taką na półce, dobrze, że na krótko, najwyraźniej „Sztuka prostoty” jednak nadal działa. Bo ceny te cudeńka mają dzisiaj zawrotne – taka na przykład Dziewczyna siedząca z Ćmielowa, bardzo jogiczna, na Allegro za – bagatela – „jedyne” 429 zł. Ale pooglądać miło. 

Obiad zjedliśmy z Patrycją w wegetariańskiej knajpie o świetnej nazwie „Złe Mięso” – bardzo dobre jedzenie 
i niebanalny wystrój, dobrze grają ze sobą przykryte szkłem palety w roli stolików, kolorowe krzesła Eamsów, lampy ze skrzynek po butelkach, tu jakiś plastikowy miś, tam plakat z czasów PRL-u albo abstrakcja na sztalugach, totalny misz-masz, ale jest w tym klimat. Patrycja podrzuciła nas do Ani i Miśka, z którymi przegadaliśmy dwie godziny i pewnie zostalibyśmy dłużej, gdyby nie to, że w Parku Zachodnim miała czekać na nas Dorota z Antosiem. To spotkanie już takie inne, Dorota jest teraz przede wszystkim Mamą, napisała potem, że czuje niedosyt, bo trudno było spokojnie porozmawiać, ale ja bardzo się cieszę, że poznałam Jej Synka. Kiedy teraz patrzę na Dziewczyny, te migawki z czasów studiów, które mam w głowie, zdają się być takie odległe, jak jakiś inny wymiar, tylko na zewnątrz niewiele się zmieniłyśmy. 

Rytm dnia niezależnie od miejsca zawsze wyznaczany przez jedzenie, a więc kolacja w pierogarni na rynku, świetnie zawieszonym w powietrzu punkcie obserwacyjnym. Jak tu wszystko żyje do późnej nocy, jak tego brakuje w Katowicach, bardzo. Chociaż te nocne marki to pewnie w większości jednak turyści. 
Wieczorem z miejsc polecanych przez Magdę, po „Zielonej Wróżce” i „Złym Mięsie”, przyszła kolej na „Literatkę”, wspaniałą metę po dzisiejszej bieganinie. Szybkie zdjęcie pod neonowym napisem w stylu: „Co, ja nie napiszę książki, ja???”, a w środku miłe zaskoczenie aranżacją. Na parapecie, przy którym znaleźliśmy miejsce dla siebie, stare, biblioteczne książki i maszyna do pisania, przepiękność! I taki dobry czas. Zasłuchanej w siebie nawzajem rozmowy, przeciągłych spojrzeń i uśmiechu. Moich refleksji, spotęgowanych pewnie za sprawą dzisiejszych spotkań, że oto jestem tutaj 7 lat później i tak niewiele się w gruncie rzeczy 
w moim życiu zmieniło. Dziwne uczucie. A. tak bardzo dopingujący mnie do pisania, podsuwający tematy na książkę, chociażby "O Fotografie, który ma dużo czasu" – to byłoby chyba coś z gatunku science fiction. Obiecałam Mu, że kiedyś napiszę. Bardzo sobą i bardzo ze sobą byliśmy przez ten wieczór. Tak  bardzo, że nie chciało nam się stamtąd wychodzić. Czarze, nie pryskaj.

Dla tych śniadań przeniosłabym Mleczarnię do Katowic

Cały czas z oddechem historii na plecach

We Wrocławiu nikt nigdy nie rozumiał, kiedy prosiłam o kołaczyka...

Chadzało się tymi uliczkami...

Nigdy nie wiedziałam, który to Kredka, a który Ołówek

Znajome rewiry: w oddali Hala Ludowa...
 
... I Most Grunwaldzki

Wrocławska Złota Uliczka

Bez kolorów też ładnie


c.d.n.