środa, 26 listopada 2014

autumn leaves


W poniedziałkowej drodze do pracy zauważyłam, że większość drzew ma już gołe gałęzie. Ale jak to, kiedy? – pomyślałam w pierwszym odruchu, tak jakby opadanie liści o tej porze było czymś niezwykłym. Zdziwienia dopełniła ubrana w bombki choinka, która wczoraj pojawiła się przed katowickim dworcem. Przegapiłam moment, w którym przyroda zastygła w oczekiwaniu na zimę, a ludzkość zapadła na świąteczną gorączkę. 
Dla mnie to ciągle jeszcze nie czas, może dlatego, że listopad tak się złocił do niedawna, a może dlatego, że nie chcę przyspieszać biegu zdarzeń – i  bez tego dni i miesiące galopują w jakimś szaleństwie nie do pojęcia, z roku na rok większym. Jesień to moja pora, jeszcze nie nawąchałam się wieczornej mgły i nie nasłuchałam nocnego deszczu, jeszcze nie zaśpiewałam z Evą Cassidy "Autumn leaves" wystarczającą ilość razy. Nie nachodziłam się w płaszczu, który lubię, nie zrobiłam dyniowego carry, nawet melancholia nie zdążyła mnie dopaść, jeszcze. A na nocnym stoliku "Dolina Muminków w listopadzie":
"Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy róże rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności".

Najbliżej siebie samego jest się właśnie teraz.




 




niedziela, 23 listopada 2014

gdzie byłam, kiedy mnie nie było


Paulina z blogu Przejaśnienie, (w której na odległość, jaka dzieli Katowice od Krakowa, wyczuwam bratnią duszę), napisała niedawno:
"cisza nie oznacza ani wyłączonego piekarnika 
ani braku przyłapanych w głowie słów do napisania. 
w ciszy dzieje się najwięcej." 
Od tych dwóch genialnych zdań mogłabym zacząć opowieść o tym, gdzie i jak byłam, kiedy nie było mnie tutaj. Opowieść o małej rewolucji, bynajmniej nie kuchennej, piekarnik konsekwentnie odmawia współpracy, a i we mnie wielkiej weny kulinarnej przez ostatnie miesiące nie było. Za to przyłapywanych w głowie słów tyle, że postów starczyłoby pewnie na rok codziennego pisania. Serio, mam w głowie setki nienapisanych tekstów. Ich szkice walają się w szufladzie biurka, w torebce, w pamięci telefonu i w mojej pamięci, szczególnie przed snem. Hałasują, gdy na blogu cicho. 
Miejsce, w którym się znalazłam, niewiele ma z ciszą wspólnego od samego początku, od pierwszej walki na przekleństwa i trzaskanie drzwiami, jaką przywitali mnie sąsiedzi z dołu. Szybko i ze zgrozą odkryłam, że sąsiadka z góry na budzenie ustawia telezakupy, ryk telewizora za każdym razem zrywa z łóżek wszystkich, tylko nie ją, sądząc po tym, że reklamy ciągną się w nieskończoność. Latem za ścianą zaczęło płakać niemowlę, uspokajają je tylko pieśni kościelne w wykonaniu jego ojca. Rzeczony ojciec, kiedy nie śpiewa, remontuje mieszkanie, ciągle mam nadzieję, że w końcu dotrze i do skrzypiących drzwi wejściowych. Lokalny koloryt uzupełnia malowanie bloku naprzeciwko – stukanie, spawanie i pokrzykiwania robotników od 7.00 rano do 19.00 wieczorem, od kwietnia po dziś dzień. A, byłabym zapomniała o buczeniu agregatów (?) na pobliskim markecie i o miłośniku śląskich szlagierów z segmentu obok. 
Przez pierwsze miesiące czułam się tak, jakby mnie ktoś wyciął z tamtej przestrzeni i na siłę wkleił tutaj. Wychodziłam na balkon i czułam blokowiskową klaustrofobię. Chciałam znowu pić herbatę na tarasie, słuchać pociągów i oglądać gwiazdy nad świerkami. To Dziewczyny właściwie ułożyły mnie tutaj. Poskręcały szafy, rozpakowały dziesiątki pudeł i o dziesiątki rzeczy, nie zważając na protesty, uszczupliły mój chomiczy stan posiadania. 
Długo trwało, zanim ze wszystkim, co nowe, ułożyłam się ja. Któregoś dnia, właściwie niedawno, z radością odkryłam, że wracam do siebie. Że znowu mi się chce. Że znowu słucham muzyki i zachwycam się zielenią na patelni. Że znowu zapalam się do tego, co robię i tak, jak kiedyś, trajkoczę w tym zapaleniu, jak najęta. 
W moim mieszkaniu są fotele, sofa i stolik, jak z serialu Downton Abbey, który namiętnie oglądam. Własność babci właścicielki. Nazwane żartobliwie "ludwikami", chętnie przyjmują gości, a było ich przez ten czas trochę. Tak, jak smsów, maili, telefonów, niespodzianek, tysiące gestów i dobrych słów bliskich mi Ludzi. Radość, że są. I że są właśnie tacy. 
Na ulubionych blogach sezonowość. Dynie, pożegnania jesieni i oczekiwanie na zimę. A u mnie na przekór piwonie z lata, którego prawie w tym roku dla mnie nie było. 
Podczas warsztatów z pisania Marta Fox przekonywała nas, jak ważna jest konsekwencja. Rytmiczność. Jej rytmem były dwie wieczorne godziny dziennie, czas dla pisania, który staje się w końcu nawykiem. Takim, że choćby się waliło, paliło, nie ma dnia bez białej kartki – tej na biurku albo na ekranie komputera. Nawet, jeżeli przez te dwie godziny wymyśli się jedno zdanie. 
Chcę bardzo, żeby od dziś było ich tutaj więcej.  

niedziela, 2 listopada 2014

marcjanna i frydolin

1.
Czy dusze są tu, obok nas, jak powietrze?
Czy są odległe, jak gwiazdy?  
Czy unoszą się na wietrze  
Albo cicho wiją gniazda z przedwieczornej mgły?

Lubię tę piosenkę. 


2.
Tu, gdzie przyjeżdżamy w sobotę, nie sprzedaje się niczego pod cmentarną bramą. Śląska solidność każe myśleć o bliskich zmarłych odpowiednio wcześniej, tutaj nic nie dzieje się na ostatnią chwilę, nic też nie ukryje się przed czujnym okiem sąsiadów. Na grobach – wzorowy porządek, tyle kwiatów i zniczy, że miejsca na niepamięć brak. W pełnym słońcu jest jeszcze bardziej kolorowo niż zazwyczaj, naprawdę ładnie. A najładniej wieczorem, bo cmentarz leży na wzniesieniu i wygląda z daleka, jak płonąca góra. Tymczasem jest południe, a ja kontempluję wypisane na pomnikach imiona. Otylia, Zyta, Gertruda, Regina, Hildegarda. Ewald, Frydolin, Alojzy, Ernest, Joachim... Gizela!, Gizela zostaje mi w głowie najdłużej.
Tu, gdzie przyjeżdżamy w niedzielę, królują Marcjanny, Bronisławy, Antoniny, Apolonie, Eleonory, Cecylie żony Stanisławów, Maciejów, Janów, Wawrzyńców, Zygmuntów, Romanów... Czas jest dla tego miejsca coraz bardziej nieubłagany, kamienne anioły tracą głowy, napisy znaczenia, zacierają się ślady, kruszeje pamięć. Jest coś urzekającego w tych kawałkach historii, w polnej drodze biegnącej środkiem, której nikt jeszcze nie uładził asfaltem. Kiedy byłyśmy dziećmi, fascynował nas najbardziej grobowiec lokalnych książąt, a potem każde kolejne odkrycie, że między grobami z dziś, są i te sprzed dwóch wieków. Są jeszcze chwilę. Tutaj nie nazywa się ich zabytkami, nie kwestuje się z myślą o nich co roku. Za to stuletnie drzewa hojnie sypią liśćmi i tam, gdzie palą się lampki i tam, gdzie nie przyjdzie nikt.

3.
Gwiazdy, umierając, zostawiają po sobie mgławice. 
Smugi światła na niebie. 
Wspomnienia w różnych kształtach i kolorach.
Zupełnie, jak my. 
     
Cytat pochodzi z piosenki Anny Marii Jopek "Z nadzieją, że nie ma nieistnienia", słowa: Marcin Kydryński, płyta: Niebo. 
O mgławicach przeczytałam w tekście Karola Wójcickiego: "Krótki przegląd pięknych duchów na niebie", Gazeta Wyborcza, 31.10.2013.
Fot. A.

niedziela, 31 sierpnia 2014

okruchy


Grzegorz Ciechowski smutek zagryzał zimnym jabłkiem, ja ostatnie tygodnie zagryzam papierówką. Myślałam o smaku tych jabłek przez całą drogę tutaj, z obawą, czy nie będą czekały na mnie już tylko te ścielące się gęsto na trawie, którym upadek całkowicie odbiera charakter. Ale nie, są – twarde i kwaśne, prosto z drzewa, takie, jakie lubię najbardziej. Kiedy w końcu wykrzywi mi usta z tego łakomstwa, przełamię cierpkość jeżynami, słodkimi od słońca i mokrymi od właśnie padającego deszczu. 

Przy drodze do Dziadków niechciane, niczyje mirabelki. Tyle złota plącze się pod nogami. „Przyjdziemy tu jutro, z wiaderkami, nazbieramy”… – obiecujemy sobie. Ale złotego dżemu  nie będzie. Zapomnimy o nich, jak wszyscy.
Przy drodze z cmentarza akacje. Przerosły nas kilka razy, od kiedy Ania pokazała nam, jak wróżyć z akacjowych liści. „Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje, w myśli, w mowie i w sercu, na ślubnym kobiercu”. A więc „szanuje” – policzek niemal tak mocny, jak „nie chce” i „nie dba”. 

Domy rodzinne mają już to do siebie, że zmysły wyostrzają się tutaj na to, co znajome od zawsze. Za każdym razem dokarmiamy wspomnienia, szukamy dawnych śladów, nim zatrą się do końca. Pomidorówka ze świeżych pomidorów, jedzona dużą ciężką łyżką Dziadka. Babcine obrazy na ścianach i mieczyk w wazonie, prawie tak czerwony jak te, które lubiła najbardziej i sadziła co roku przed domem. Chciałabym, żeby jeszcze zapachniało werniksem albo tamtym ciastem drożdżowym, żeby ucho znowu łowić mogło dźwięki przesuwanych pogrzebaczem fajerek, melodię pianina i akordeonu. 

Chabry, maki i zboża minęły za szybko albo to ja za późno zamarzyłam o polnym bukiecie. Ulica Kościelna miejsce szczególne czas łamie tu zęby na drewnianych domach, w oknach których uparcie wiszą firanki. Zabytkowy pałac z roku na rok coraz głośniej woła ratunku. Jadę za Tatą na starej holenderce, w rowerze też można się zakochać, od pierwszego jeżdżenia. Jak to ładnie brzmi: „Kiedy mieszkaliśmy w Lipach…” – jest cała lipowa aleja i jest dom, który kiedyś był czyjś. Deszcz przegania myśli o tym, żeby usiąść na ganku, tutaj znaleźć pierwsze zdanie książki, którą zawsze chciałam napisać.

Pies o wyglądzie lisa i imieniu Chomik przychodzi polować na krety. Drugi, zgłodniały czułości, bezceremonialnie wprasza się na ognisko. Weronika chciałaby, żeby został na zawsze i zamieszkał w budzie pod świerkami. Chciałaby też piec na patyku pianki marshmallow, szczęśliwie wyparują jej z głowy z pierwszym kęsem pieczonego ziemniaka. My, dorośli, kiedy już poparzymy łapczywe usta i palce, z dziką frajdą smarujemy sobie nawzajem twarze popiołem z ogniska. Spontaniczna, czysta radość na brudnych buziach. Gdyby ktoś zapytał mnie o najszczęśliwsze chwile tutaj, ta byłaby jedną z nich. 















sobota, 9 sierpnia 2014

nie ma off-a bez... fryzjera


Tomek Szabelka i Natural Cut Team okazali się tak mocnym punktem festiwalowego programu, że nie sposób już wyobrazić sobie tej imprezy bez nich w kolejnych latach. I wcale nie piszę tak dlatego, że to Przyjaciele 
i Znajomi, że Tomek to niezrównany Fryzjer-Psycholog również od moich włosów i że kibicowaliśmy im przez całe trzy dni. Trochę byłam w środku tego wszystkiego, ale trochę byłam też z boku, obserwująco. 
Mam poczucie, że OFF stał się z nimi jeszcze bardziej offowy, żaden festiwal dotąd nie miał na pokładzie studia fryzur i tatuażu, z ekipą, do której ludzie walą, jak w dym. Myślę, że nie chodziło tylko o to, żeby zarośniętych ogolić, potrzebujących odmiany ostrzyc, a co bardziej odważnych wytatuować. Ogromne znaczenie miał tutaj pomysł na całość, począwszy od bardzo dobrej identyfikacji wizualnej autorstwa Sylwka Śmigielskiego, poprzez aranżację salonu, na świetnych stylówkach Tomka, Roberta i reszty skończywszy. Ale nawet to wszystko byłoby niczym bez ich energii, kosmicznej. To są tak pozytywni Ludzie, że pewnie wielu przechodzącym koło ich stoiska zachciało się golenia, obcięcia czy tatuażu spontanicznie, bardziej ze względu na atmosferę niż rzeczywistą potrzebę. Byli też tacy, którym podobało się po prostu stać, obserwować i emocjonować się głośno co bardziej radykalną metamorfozą.
Śmialiśmy się, bo niewiele brakowało, żeby zawiązał się tam komitet kolejkowy, brzytwy, grzebienie i nożyczki tańczyły w powietrzu do późnych nocy, z muzyką majaczącą gdzieś w tle. Zresztą, jak to zwykle z muzyką na OFF-ie bywa, nie obraziłabym się na więcej porażeń i zachwytów, choć Artur Rojek i Slowdive to dwa mocne akordy już na sam koniec. Dobrze bawiłam się też na koncertach Andrew W.K. i Belle and Sebastian, żałuję, że nie zdążyłam na Chelsea Wolfe. 
To był jednak OFF pod znakiem przede wszystkim fryzjerskich występów i radości, że zdobyły sobie taką rzeszę fanów. Ania i Tomek do wyzwań mają podejście konkretne: "Damy radę", powtarzają w każdej sytuacji. Wszyscy razem dali radę – koncertowo.








 






Fot. trochę ja, trochę A.