poniedziałek, 1 grudnia 2014

andrzeja przymrużone oko


Na kuchennej ścianie teatr woskowych cieni. 
Asi jest wyraźnie lumberseksualny. Nie bardzo ją  przekonuje nasza interpretacja – Przemek takiej brody raczej nie zapuści. 
U mnie scena, jak ze stajenki. „Będziesz miała męża i dziecko” – ekscytują się Dziewczyny. „Taa, wywróżyłam, że Święta idą” – od mojego sarkazmu ich entuzjazm tężeje, jak wosk. Na chwilę. One Świętą widzą, ale Rodzinę. „Może zostanę siostrą zakonną” – żartuję. 
Olgi żubra, który przywodzi na myśl jedynie ulubione piwo Marcina, odwracam tak długo, aż zmieni się w ptaka z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Ładny symbol jej wolnej duszy.
Wolnej – do czasu, jak za chwilę powie but, który pierwszy dotrze na próg wejściowych drzwi.
Razem z ostróżyną z jabłka rzuconą za głowę do Asi wróci nadzieja – w przeciwieństwie do naszych, układa się tak, jak P-owinna. 
Rankiem, razem z karteczkami wyciągniętymi spod poduszek, okaże się, że do Asinego brodacza bardziej pasuje imię Cezary, Olga bujać będzie w obłokach (ewentualnie pić Żubra) z Robertem, a mój święty mąż 
i ojciec mojego dziecka imię też będzie miał święte  – Tymoteusz. 



piątek, 28 listopada 2014

wypadki chodzą... listopadami

Zdarzyło Wam się kiedyś przed wyjściem z mieszkania szukać gorączkowo telefonu, jednocześnie rozmawiając przez niego? Albo przed drzwiami kina odkryć, że właśnie wyrzuciło się do kosza trzy kupione wcześniej bilety, razem z wręczoną na ulicy ulotką? I – ku uciesze Towarzyszek seansu – biegać od kosza do kosza, nie pamiętając oczywiście, gdzie te nieszczęsne bilety wylądowały? Aż w końcu z ręką w jednym z ostatnich śmietników krzyknąć triumfalnie: „Są” – na pół okolicy? Panie i Panowie – oto ja. 

Od trzech lat i czterech listopadów obserwuję dziwną prawidłowość. Późnojesienną porą zawsze przytrafia mi się „coś”. Nie wiem, czy to jakiś szczególny, sprzyjający nieszczęściom układ frontów, ale powoli staję się ekspertką od tego, czego w sytuacjach ekstremalnych absolutnie robić nie wolno. Mądrość ową zdobywam, jak nietrudno się domyślić, po szkodzie.

2011 rok. Kiedy zdarzy Wam się poważnie oparzyć wrzątkiem, co gorsza, w pracy, nie zrywajcie z siebie w pierwszym odruchu palących żywym ogniem rajstop, nie ufajcie swojemu lekarzowi rodzinnemu, który oparzenia II i III stopnia każe paćkać Argosulfanem i słuchajcie tych, którzy radzą Wam jechać do szpitala. Oczywiście po uprzednim długim chłodzeniu oparzonego miejsca, co w moim przypadku, w biurowcu z jedną toaletą na cały korytarz, było niestety niemożliwe. Zawsze wydawało mi się, że siemianowicki szpital to miejsce dla ciężko poparzonych w wypadkach, okazało się, że nic bardziej mylnego. Wypuszczono mnie stamtąd dopiero po tygodniu, jak nową – po niewesoło wyglądających ranach nie został właściwie ślad. Mimo całej grozy sytuacji, razem z tym zdarzeniem przyszło wiele dobrego – na oddziale poznałam Magdę, z którą przyjaźnię się do dziś, wtedy też zaczął się w moim życiu rozdział pod tytułem „A.” 

2012 rok. Znowu listopad. Kiedy zalejecie laptop herbatą, po pierwsze – natychmiast wyjmijcie baterię, po drugie – odwróćcie go klawiaturą do dołu i tak zostawcie na całą noc. Żadnych suszarek i innych wynalazków,
w przeciwnym wypadku przeczytacie w Internecie, że właśnie wszystko zrobiliście nie tak i cała historia skończy się serwisem i bolesnym drenażem portfela. 
A że wypadki lubią chodzić parami, dwa tygodnie później Internet znowu poniewczasie powiedział mi, że odkurzając rtęć z rozbitego termometru, skaziłam oparami całe mieszkanie, odkurzacz i siebie przy okazji 
i jedyne, co teraz powinnam zrobić, to dzwonić po straż pożarną, co też w przypływie rozpaczy uczyniłam. Odkurzono mi specjalistycznym sprzętem pół domu, zarekwirowano mój odkurzacz i zalecono wysypać podłogę siarką. Uwierzycie – tyle hałasu o maleńki termometr? Po tygodniowym wietrzeniu mieszkania straciłam głos 
i to by było na tyle ubocznych skutków rtęci. Pisząc o tym, uświadamiam sobie całą groteskowość tej sytuacji 
i łapię się za głowę. Dwa lata później stłukę następny termometr, który według pani z apteki miał być na pewno alkoholowy. Miał być. Tym razem rtęć gonić będę po kuchennej podłodze po bożemu – papierowymi ręcznikami do słoika z wodą, bez udziału strażaków, za to przy wtórze soczystych przekleństw. 

2013 rok. Koszmar nocy listopadowej trwa. Krótko – żeby już nie przedłużać – tak się zapamiętałam 
w podgrzewaniu obiadu, że nawet nie zauważyłam, kiedy moja ulubiona marynarka zajęła się ogniem z kuchenki, tym razem na szczęście ucierpiała tylko kieszeń. Spytacie – kto gotuje obiad w marynarce? – ano ja. 

Na progu tegorocznego listopada zaczęłam odczuwać lekki niepokój – co też wydarzy się tym razem, bo że coś się wydarzy, to pewne. No i zdarzył się sen tak niespokojny, że, rzucając się na łóżku, zaliczyłam zderzenie ze ścianą – obudził mnie potworny ból i guz wielkości śliwki. Między trzecią a czwartą nad ranem krążyłam niespokojnie po mieszkaniu, z braku lodu przykładając do głowy wygrzebane z zamrażalnika kurczakowe udko, nie mogąc uwierzyć, że można się tak urządzić w najbezpieczniejszym miejscu świata – własnym łóżku. I nie wiem, czy to lekkie wstrząśnienie mózgu było, czy naprawdę słyszałam, jak chichocze nade mną los.
 
Uważajcie na siebie Kochani, szczególnie w listopadzie. I pod żadnym pozorem nie wchodźcie w takich sytuacjach na internetowe fora, tam wam zawsze powiedzą, że właściwie to już po was. A najlepiej zróbcie mi tę przyjemność i napiszcie w komentarzach, że nie jestem jedynym frikowym roztargnieńcem i że niczym szczególnym nie jest wjechać kolejką na górski szczyt… w kapciach. 

Fot. Magda

środa, 26 listopada 2014

autumn leaves


W poniedziałkowej drodze do pracy zauważyłam, że większość drzew ma już gołe gałęzie. Ale jak to, kiedy? – pomyślałam w pierwszym odruchu, tak jakby opadanie liści o tej porze było czymś niezwykłym. Zdziwienia dopełniła ubrana w bombki choinka, która wczoraj pojawiła się przed katowickim dworcem. Przegapiłam moment, w którym przyroda zastygła w oczekiwaniu na zimę, a ludzkość zapadła na świąteczną gorączkę. 
Dla mnie to ciągle jeszcze nie czas, może dlatego, że listopad tak się złocił do niedawna, a może dlatego, że nie chcę przyspieszać biegu zdarzeń – i  bez tego dni i miesiące galopują w jakimś szaleństwie nie do pojęcia, z roku na rok większym. Jesień to moja pora, jeszcze nie nawąchałam się wieczornej mgły i nie nasłuchałam nocnego deszczu, jeszcze nie zaśpiewałam z Evą Cassidy "Autumn leaves" wystarczającą ilość razy. Nie nachodziłam się w płaszczu, który lubię, nie zrobiłam dyniowego carry, nawet melancholia nie zdążyła mnie dopaść, jeszcze. A na nocnym stoliku "Dolina Muminków w listopadzie":
"Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy róże rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności".

Najbliżej siebie samego jest się właśnie teraz.




 




niedziela, 23 listopada 2014

gdzie byłam, kiedy mnie nie było


Paulina z blogu Przejaśnienie, (w której na odległość, jaka dzieli Katowice od Krakowa, wyczuwam bratnią duszę), napisała niedawno:
"cisza nie oznacza ani wyłączonego piekarnika 
ani braku przyłapanych w głowie słów do napisania. 
w ciszy dzieje się najwięcej." 
Od tych dwóch genialnych zdań mogłabym zacząć opowieść o tym, gdzie i jak byłam, kiedy nie było mnie tutaj. Opowieść o małej rewolucji, bynajmniej nie kuchennej, piekarnik konsekwentnie odmawia współpracy, a i we mnie wielkiej weny kulinarnej przez ostatnie miesiące nie było. Za to przyłapywanych w głowie słów tyle, że postów starczyłoby pewnie na rok codziennego pisania. Serio, mam w głowie setki nienapisanych tekstów. Ich szkice walają się w szufladzie biurka, w torebce, w pamięci telefonu i w mojej pamięci, szczególnie przed snem. Hałasują, gdy na blogu cicho. 
Miejsce, w którym się znalazłam, niewiele ma z ciszą wspólnego od samego początku, od pierwszej walki na przekleństwa i trzaskanie drzwiami, jaką przywitali mnie sąsiedzi z dołu. Szybko i ze zgrozą odkryłam, że sąsiadka z góry na budzenie ustawia telezakupy, ryk telewizora za każdym razem zrywa z łóżek wszystkich, tylko nie ją, sądząc po tym, że reklamy ciągną się w nieskończoność. Latem za ścianą zaczęło płakać niemowlę, uspokajają je tylko pieśni kościelne w wykonaniu jego ojca. Rzeczony ojciec, kiedy nie śpiewa, remontuje mieszkanie, ciągle mam nadzieję, że w końcu dotrze i do skrzypiących drzwi wejściowych. Lokalny koloryt uzupełnia malowanie bloku naprzeciwko – stukanie, spawanie i pokrzykiwania robotników od 7.00 rano do 19.00 wieczorem, od kwietnia po dziś dzień. A, byłabym zapomniała o buczeniu agregatów (?) na pobliskim markecie i o miłośniku śląskich szlagierów z segmentu obok. 
Przez pierwsze miesiące czułam się tak, jakby mnie ktoś wyciął z tamtej przestrzeni i na siłę wkleił tutaj. Wychodziłam na balkon i czułam blokowiskową klaustrofobię. Chciałam znowu pić herbatę na tarasie, słuchać pociągów i oglądać gwiazdy nad świerkami. To Dziewczyny właściwie ułożyły mnie tutaj. Poskręcały szafy, rozpakowały dziesiątki pudeł i o dziesiątki rzeczy, nie zważając na protesty, uszczupliły mój chomiczy stan posiadania. 
Długo trwało, zanim ze wszystkim, co nowe, ułożyłam się ja. Któregoś dnia, właściwie niedawno, z radością odkryłam, że wracam do siebie. Że znowu mi się chce. Że znowu słucham muzyki i zachwycam się zielenią na patelni. Że znowu zapalam się do tego, co robię i tak, jak kiedyś, trajkoczę w tym zapaleniu, jak najęta. 
W moim mieszkaniu są fotele, sofa i stolik, jak z serialu Downton Abbey, który namiętnie oglądam. Własność babci właścicielki. Nazwane żartobliwie "ludwikami", chętnie przyjmują gości, a było ich przez ten czas trochę. Tak, jak smsów, maili, telefonów, niespodzianek, tysiące gestów i dobrych słów bliskich mi Ludzi. Radość, że są. I że są właśnie tacy. 
Na ulubionych blogach sezonowość. Dynie, pożegnania jesieni i oczekiwanie na zimę. A u mnie na przekór – piwonie z lata, którego prawie w tym roku dla mnie nie było. 
Podczas warsztatów z pisania Marta Fox przekonywała nas, jak ważna jest konsekwencja. Rytmiczność. Jej rytmem były dwie wieczorne godziny dziennie, czas dla pisania, który staje się w końcu nawykiem. Takim, że choćby się waliło, paliło, nie ma dnia bez białej kartki – tej na biurku albo na ekranie komputera. Nawet, jeżeli przez te dwie godziny wymyśli się jedno zdanie. 
Chcę bardzo, żeby od dziś było ich tutaj więcej.  

niedziela, 2 listopada 2014

marcjanna i frydolin

1.
Czy dusze są tu, obok nas, jak powietrze?
Czy są odległe, jak gwiazdy?  
Czy unoszą się na wietrze  
Albo cicho wiją gniazda z przedwieczornej mgły?

Lubię tę piosenkę. 


2.
Tu, gdzie przyjeżdżamy w sobotę, nie sprzedaje się niczego pod cmentarną bramą. Śląska solidność każe myśleć o bliskich zmarłych odpowiednio wcześniej, tutaj nic nie dzieje się na ostatnią chwilę, nic też nie ukryje się przed czujnym okiem sąsiadów. Na grobach – wzorowy porządek, tyle kwiatów i zniczy, że miejsca na niepamięć brak. W pełnym słońcu jest jeszcze bardziej kolorowo niż zazwyczaj, naprawdę ładnie. A najładniej wieczorem, bo cmentarz leży na wzniesieniu i wygląda z daleka, jak płonąca góra. Tymczasem jest południe, a ja kontempluję wypisane na pomnikach imiona. Otylia, Zyta, Gertruda, Regina, Hildegarda. Ewald, Frydolin, Alojzy, Ernest, Joachim... Gizela!, Gizela zostaje mi w głowie najdłużej.
Tu, gdzie przyjeżdżamy w niedzielę, królują Marcjanny, Bronisławy, Antoniny, Apolonie, Eleonory, Cecylie – żony Stanisławów, Maciejów, Janów, Wawrzyńców, Zygmuntów, Romanów... Czas jest dla tego miejsca coraz bardziej nieubłagany, kamienne anioły tracą głowy, napisy znaczenia, zacierają się ślady, kruszeje pamięć. Jest coś urzekającego w tych kawałkach historii, w polnej drodze biegnącej środkiem, której nikt jeszcze nie uładził asfaltem. Kiedy byłyśmy dziećmi, fascynował nas najbardziej grobowiec lokalnych książąt, a potem każde kolejne odkrycie, że między grobami z dziś, są i te sprzed dwóch wieków. Są jeszcze chwilę. Tutaj nie nazywa się ich zabytkami, nie kwestuje się z myślą o nich co roku. Za to stuletnie drzewa hojnie sypią liśćmi i tam, gdzie palą się lampki i tam, gdzie nie przyjdzie nikt.

3.
Gwiazdy, umierając, zostawiają po sobie mgławice. 
Smugi światła na niebie. 
Wspomnienia w różnych kształtach i kolorach.
Zupełnie, jak my. 
     
Cytat pochodzi z piosenki Anny Marii Jopek "Z nadzieją, że nie ma nieistnienia", słowa: Marcin Kydryński, płyta: Niebo. 
O mgławicach przeczytałam w tekście Karola Wójcickiego: "Krótki przegląd pięknych duchów na niebie", Gazeta Wyborcza, 31.10.2013.
Fot. A.