piątek, 8 czerwca 2012

TAM, GDZIE ROSNĄ POZIOMKI

Wczoraj.
Obudziły mnie dzwony. Za nimi, jak co roku, przyszła na plac koło mojego bloku procesja. Przez chwilę dołączyłam do niej w swoim oknie. Ludzie klęczący na betonowych płytach, jakoś tak dziwnie wzruszający.
I to śpiewanie, z którym
przeszli dalej, co mi zawsze tak bardzo przypomina Babcię. Na popołudniowej ulicy nic już prawie nie zostało z rozsypanych rano kwiatów.

Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok. Tak właśnie myślałam. Tak niewiele potrzeba do niezrozumienia.
A do zrozumienia się na powrót? Smutne, jak dużo. 


W nocy długo nie mogłam zasnąć. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd, w końcu wymamrotało się
w rozemocjonowanej głowie: "... nie wiesz... dokąd... sama... cię droga... poprowadzi..." i to była ostatnia moja myśl. 


Dziś
Tam, gdzie rosną poziomki. Pachnie jaśmin. Na kwitnącej jeżynie brzęczą pszczoły. W słońcu, którego miało nie być. W oczekiwaniu na pełen emocji wieczór. 

środa, 6 czerwca 2012

FACET W OKULARACH

Pisanie artykułu na kacu, choćby był on najmniejszy – i kac, i artykuł – jest wyzwaniem. A jeśli artykuł dotyczy tak wdzięcznego tematu, jak gospodarka wodno-ściekowa, tym bardziej – to jest wyzwanie i bez kaca. Zdecydowanie nie mam Marcina zdolności wymyślania różnych wariacji samych tylko tytułów, nie mówiąc już o tekstach, poświęconych ściekom, rurom, oczyszczalniom, moja kreatywność strajkuje tutaj na całej linii.

Ciężki poranek. Dobre pół godziny zwlekania się z łóżka przy akompaniamencie, jak mantra powtarzanego przez A.: ”Musisz wstać, masz napisać artykuł, naprawdę musisz już wstać, nie zdążysz…” A przecież to nasze firmowe spotkanie, w porównaniu do tych niegdysiejszych w nieistniejącej już Belce na przykład, wyjątkowo spokojne i z niedosytem w tle. Szkoda, że niektórzy zniknęli po angielsku, ledwie się pojawili, szkoda, że nie wszyscy mogli zajrzeć, szkoda, że tak mijamy razem z czasem, rozluźniamy się, choć z drugiej strony – wciąż jednak, rzadko, bo rzadko, ale utrzymujemy kontakt.
Pomysł spotkania wyszedł właściwie od Jacka, który bardzo chciał zwołać całą „starą gwardię” przy okazji swojego powrotu na Śląsk.  
Rysiu w naszym towarzystwie postanowił uczcić swoje urodziny, które co prawda wypadają dzisiaj, ale, jak stwierdził, dwa dni imprezowania pod rząd, to stanowczo za dużo „w tym wieku”.
Wpadła również Ala z ćwierkającą reklamówką, opowiedziała nam, jak poszła do schroniska po kota, wyszła
z psem, a teraz – przez przypadek – opiekuje się małym szpakiem, który wypadł z gniazda i którego ciągle musi karmić, więc towarzyszy jej wszędzie.
No więc mieliśmy Szpaka pod stołem. I Dzika za uszami. Bardzo rozbawionego Rysia. A do tego Miśka, z którym nie napiłam się tym razem Wściekłego Psa, złe wspomnienia nadal nie wywietrzały. A żeby było jeszcze bardziej „zwierzęco” – siedzieliśmy w Białej Małpie, w miejscu dawnej restauracji Pod Bocianem. To nowa pijalnia piwa w Katowicach, stworzona przez podróżników, pasjonatów i prawdziwych piwiarzy, którzy chętnie o tym, co leją do kufli, opowiadają i którzy postawili na trunki z małych, regionalnych browarów, np. Raciborskie albo laną Pintę, fantastyczną zwłaszcza w wersji Atak Chmielu. Jagodową wersję jakiegokolwiek piwa zdecydowanie odradzam! Całkiem udany, surowy wystrój – drewniane stoły, podpierające stropy białe belki na tle ceglanych ścian, dużo okien, więc bardzo dużo światła i tylko jeden minus – w większej sali na piętrze, tej, w której mieliśmy rezerwację, można niestety palić. Ale i mecz obejrzeć na przykład, apropo piątkowego otwarcia Euro. Więc pewnie jeszcze wrócimy.

Ciężki poranek. Wydawało mi się, że jakoś się ogarnęłam, uporałam z niesfornymi włosami i za cholerę nie dającą się wyprasować sukienką. Że się obudziłam wreszcie. Już prawie dojeżdżamy do pracy, kiedy nagle na pasach – kominarze!
„Guzik, gdzie mam guzik?!!!  Życzenie, muszę szybko pomyśleć życzenie! O, idzie facet w okularach, dwóch!! A ja nie mam życzenia, dobra, mam, no ale przeszli już! Nie mogę patrzeć w lusterko, nie mogę spojrzeć na siebie, przecież nie wolno na kobietę w okularach, to musi być facet, tylko znaleźć teraz jakiegoś w okularach, kurcze, no nikt nie idzie, nie spełni się!!!...” – odwracam się z tym narastającym potokiem słów do A., już prawie w otchłani rozpaczy i nie rozumiem, dlaczego patrzy na mnie tak dziwnie, coraz dziwniej i dziwniej, przez te swoje nowe, ładne... okulary!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

KOBIECOŚĆ I MĘSKOŚĆ – I

Cztery historyjki obrazkowe z cyklu Kobiecość i Męskość. 

Ona ciesząca się na Euro, On cieszący się z knajpy jedynej w mieście dla tych, co z piłką nożną mają nie po drodze, gdzie będzie mógł bojkotować to całe zbiorowe szaleństwo, w którym Ona z radością zamierza uczestniczyć. Ona – w bliskości żywioł, On – zupełnie odwrotnie, umiłowanie niespieszności. Zupełnie tak, jakby pierwiastki męski i żeński zamieniły się u nich rolami, powiedział ktoś dzisiaj. Zadziwiające.

Ona pisze, że On zrobił sobie tatuaż. Miała nadzieję maleńką, że pojawi się gdzieś na zawsze na jego skórze, jakaś literka, inicjał może, coś tak  bardzo Ich, tajemny znak, który znać będą tylko oni. „Ale gdzież tam – pisze na koniec – wygrał symbol Chelsea. O matko!” Po tym „O matko!” dużo pobłażliwie-rozumiejących, a nade wszystko – zakochanych uśmiechów. Zakochanie zdolne rozgromić wszystkie przeciwne drużyny świata. 

Ona rozczula się nad niemowlęciem obserwowanym przez szybę podczas niedzielnego obiadu. On właśnie wyminął samochód idealny na kryzys wieku średniego. "Te rączuchny maleńkie, te paznokietki wielkości główki od szpilki…" szczebioce Ona, w nadziei, że On podzieli to jej, niespełnionej, uwielbienie. I owszem, cały ogrom uwielbienia jest w jego dwóch słowach: „Te światła…”

Ona i On na wieczornym spacerze nad stawem. Gdziekolwiek nie skręcą, nad jej głową kłębiące się, roztańczone chmary muszek. Nad jego głową nie ma ani jednej. „Genialne odzwierciedlenie stanu naszych umysłów” – stwierdzają niemal równocześnie, bardzo tym rozbawieni. Nieodrodni reprezentanci swoich płci.  

niedziela, 3 czerwca 2012

PIWNICZKA NA ZAPLECZU GŁOWY

W którejś z ostatnich „Polityk” wywiad z Carlem Honoré, brytyjskim pisarzem, autorem m.in. książki „Pochwała powolności”, którą – zachęcona tym tekstem i recenzją Remka Grzeli – bardzo chciałabym przeczytać. Jest w tej rozmowie wszystko to, o czym przez ostatni tydzień z A., z Dziewczynami, rozmawiałam ja.
"Co dziś robi człowiek zaraz po przebudzeniu? Przytula się do partnera, względnie poduszki? Nie, natychmiast sprawdza, która jest godzina" – mówi Honoré na wstępie. I nie sposób nie przyznać mu racji, uświadamiając sobie, że poranków, w których pozwalamy sobie na zupełne bycie poza czasem, rzeczywiście jak na lekarstwo w tym naszym pełnym pośpiechu, wiecznie biegnącym gdzieś życiu.
A jednocześnie do głosu zaczyna dochodzić świadomość, że w zgodzie ze sobą, z naturą człowieka, ze swoim wewnętrznym rytmem, z rytmem przyrody, znaczy po prostu: wolniej. Stąd coraz większa popularność ruchu slow, który świetnie ilustruje
Honoré: "Dla mnie slow to parę ważnych impresji. Na przykład: przedmieścia Rzymu, autobus spóźnia się 20 minut, ja wyciągnięty na ławce słucham Simona i Garfunkela śpiewających, jak wspaniale jest zwolnić i cieszyć się chwilą. Każdy szczegół tamtej sytuacji wrył mi się w pamięć: dzieciaki grające w piłkę, średniowieczna fontanna, gałęzie drzew ocierające się o mur. To było slow. Parę lat później złapałem się na tym, że już mi się takie sytuacje nie zdarzają. Że nie przestaję pędzić, klnąc w duchu każdego, kto blokuje mi drogę, bo idzie trochę wolniej. Nie widuję świata, szczegółów."
Myślę o tym, kiedy ja zaczęłam dostrzegać szczegóły, pielęgnować w sobie uważność, bardziej, niż kiedykolwiek? Majaczy mi w głowie jakiś moment krytyczny sprzed trzech lat, zupełny brak dobrostanu fizycznego, psychicznego, który sprowokował mnie najpierw do poszukiwań kulinarnych, za którymi lawinowo już poszły joga, inspirujące spotkania, rozmowy, odkrycia, lektury. Ale myślę też, że tę uważność i to zorientowanie na smakowanie życia wcześniej też miałam w sobie, może tylko nie tak bardzo, jak teraz. 
Podoba mi się, co mówi Honoré o wychowywaniu dzieci dzisiaj: "Kiedyś, gdy dzieci przychodziły do rodziców
i mówiły, że im się nudzi, dostawały w odpowiedzi polecenie wyjścia na dwór, pobawienia się. Teraz po takim pytaniu rodzice łamią sobie głowę, zastanawiając się, co wymyślić, aby przerwać nudę ich dziecka. Dzieci przestają się uczyć, jak używać czasu i, co gorsza, przestają odkrywać."
I jeszcze: "(...) powinniśmy mówić dzieciom: okej, daj mi rękę i razem możemy odkryć, kim jesteś. To jest podróż. Idąc na spacer z kilkulatką, pozwólmy jej przez 20 minut cieszyć się naturą, obserwować mrówkę. Przecież właśnie odkrywa świat, siebie, zależności. To ważniejsze, niż zajęcia z baletu".
I mogłabym tak cytować i cytować, z każdym kolejnym pytaniem i odpowiedzią trafiając na coś, co bardzo do mnie przemawia, jak to np, że są badania dowodzące, iż ludzie regularnie medytujący, nawet 10 minut dziennie, mają wyraźnie aktywniejsze sfery mózgu odpowiadające za radość życia. 
I że, wpisując w Google słowo slow, dostaje się parę milionów wyników. Cieszy, że coraz więcej ludzi chce żyć inaczej, buduje swoje alternatywne, spokojne światy, potrafi być świadomie. Znaleźć czas, by jak pięknie mówi Honoré "pozwolić pomysłom, aby dojrzewały w piwniczce na zapleczu głowy".


Cały mój dzień bardzo w duchu slow. Lubię tę niedzielną cichość i pustość. Odpoczywanie wszystkiego 
i wszystkich.

sobota, 2 czerwca 2012

MOJE OSOBY

Lubię spojrzeć przez okno, jak dziś, i zobaczyć, że już są, machamy do siebie radośnie, bo cały ten wspólny, zawsze tak wyczekiwany czas, jest jeszcze przed nami. I kiedy witam je przy windzie, moje piękne, promienne, jeszcze wciąż mamy go dużo. Więc jak to się dzieje, że te kilka, jak dziś, a czasami kilkadziesiąt wspólnych godzin, mija zawsze za szybko, zawsze nie wiadomo, kiedy?
Lubią pić u mnie herbatę z opuncją, za każdym razem powtarzają, że tutaj smakuje im najbardziej.
Więc parzymy opuncjową herbatę i w duecie z szampanem jemy nieudane ciasto drożdżowe z truskawkami, śmiejąc się, że to ostatnie takie ciasto, bo urodzinowy mikser od Olgi, z którego tak bardzo się cieszę, odtąd będzie wyrabiał je za mnie.
Każde nasze spotkanie całe utkane jest ze słów, na granicy ochrypnięcia oddaje się głos kolejnej z nas, jej emocjom, zdarzeniom, myślom, jej światu. Znamy te swoje światy niemal na wylot. Za każdym razem na nowo odkrycie, że można śmiać się aż do bólu brzucha, opowiadając i komentując swoje historie tak, że byłby z tego materiał na następne sezony „SATC”. I że troska o czyjeś szczęście w tej konfiguracji jest zawsze większa, niż o swoje własne. Tyle smaków ma te kilka godzin, dosłownie też, Pavlova vs Eton Mess – zdecydowanie Pavlova.
Wychodzi słońce, choć miało padać cały dzień. Ustawiamy aparat na samowyzwalacz i – tradycyjnie – po kilku „normalnych” zdjęciach, dostajemy minowej głupawki, zadziwiające, jak plastyczne mogą być twarze, jak nieograniczona kreatywność w ich wykrzywianiu. I te zdjęcia potem – lekarstwo na najbardziej podły z nastrojów.
Wieczorem czytam na gadu: „W domu wtrząchnęłam jeszcze miskę truskawek i ciasto z truskawkami i zaraz zacznę srać szypułkami”. I jeszcze o tym, jak Polacy rozgromili Finów w Spodku, ile radości w wymalowanych twarzach i klaszczących dłoniach.
Ile radości we mnie, że są. Jeden z największych, najważniejszych moich prezentów od życia.
Moja Siostra. Moja Przyjaciółka. Moje Osoby.