środa, 5 września 2012

TURCJI DZIEŃ 1.

Persen Forte podwójna dawka i mielisa podwójna przed samym wyjazdem na lotnisko. A. proponuje jeszcze kupić na wszelki wypadek małą buteleczkę czegoś mocniejszego w sklepie bezcłowym, ale bohatersko odmawiam. Żadnych "wszelkich wypadków" nie będzie. Zresztą sztachnęłam się tymi walerianami, jestem tak ziewająca, że pewnie prześpię cały lot.

Lecimy. Ani mi w głowie spanie. Powietrze to podobno żywioł Bliźniąt i właśnie dzieją się na jawie moje najpiękniejsze sny o lataniu. Jestem podekscytowana i przeszczęśliwa. Siedzę przy oknie, przy samym skrzydle. Świat pod nami zmienia się, jak w kalejdoskopie. Przez chwilę jest, jak błękitna, księżycowa, trochę nierzeczywista lodowa kraina. Potem tafle chmur ustępują miejsca patchworkowym dywanom we wszystkich barwach ziemi, poprzecinanym granatowymi synapsami rzek. 

Szanowni Państwo, znajdujemy się na wysokości 10 600 m npm. Temperatura na zewnątrz wynosi – 42 stopnie Celsjusza. W tej chwili lecimy z prędkością 800 km/h.
Aż trudno uwierzyć, bo to przecież tak, jakbyśmy mijali w powietrzu w zwolnionym tempie. A mimo to, jak
w mgnieniu oka: Polska, Rumunia, Bułgaria. Obraz za oknem staje się trójwymiarowy, płyną osobno chmury, ich cienie i to, co pod nimi, niesamowite wrażenie. A skoro o wrażeniach zachwyt zachwytem, ale każde przechylenie skrzydła jest jak katalizator dla myśli zupełnie irracjonalnej: "Spadamy!" Jakby samolot nie mógł czasem np. skręcić. Hektolitry melisy nie dałyby rady – to po prostu ja. Są i turbulencje – już za pierwszym razem oswajam więc wszystko. W końcu, kiedy makiety hoteli z błękitnymi oczkami basenów z sekundy na sekundę mają mniejszą skalę i widać już pomarszczone falami morze, nie wiem, czy większa jest we mnie ulga, czy żal, że to już. Wydawało mi się zawsze, że to wszystko czuje się bardziej, że start samolotu wbija
w fotel z siłą małego tornado, a lądowanie jest jak małe trzęsienie ziemi, tymczasem żaden z tych momentów nie miał w sobie takiej mocy żywiołów, a ja czułam się naprawdę dobrze. Podobało mi się. Bardzo. Podświadomie przypuszczałam, że tak będzie. Cieszę się, że w końcu wiem to na pewno. 




Turcja – ta w drodze z Antalyi do Alanyi uparcie wymyka się jednoznacznemu zdefiniowaniu. Stwierdzić "piękna/brzydka", tutaj byłoby zbytnim uproszczeniem. Architektonicznie – kompletny, nieprawdopodobny wręcz chaos. Chyba nigdzie dotąd nie uderzyła mnie aż tak swoboda, żeby nie powiedzieć – bylejakość budowania,
a już na pewno nikt tutaj nie przejmuje się wykańczaniem czegokolwiek – byle stało. Każdy kolejny kilometr wprawia nas w coraz większe zdumienie. Za to roślinność imponująca – palmy, bananowce, agawy, A. chciałby je wszystkie mieć w swoim ogrodzie. Miejscami stepowo, jak na Krymie. Piękne wieże minaretów wyskakują na horyzoncie, jedna po drugiej. Czerwono łopocą flagi, nie pozwalają ani na chwilę zapomnieć, gdzie jesteśmy. Gorąco, niemożliwie.

Ostrzyżony na zapałkę okularnik, który zagaduje nas od momentu wejścia do autobusu, nie ma lekko. Kluczymy wąskimi uliczkami Alanyi, wyrzucając do okolicznych hoteli kolejnych urlopowiczów. Jego partnerka, najwyraźniej amatorka spokojnych, kameralnych miejscowości, głośno komentuje krajobraz za oknem: "Katowice! Pół świata przeleciałam, żeby wylądować w Katowicach! Gdybym wiedziała, w życiu bym się na te wakacje nie zdecydowała!"
W istocie – daleko Alanyi do klimatu maleńkiej, uroczej Rogoźnicy, w której spędzałam moje poprzednie wakacje. Hotel na hotelu, w pierwszej chwili małe rozczarowanie kołacze się z tyłu głowy: "Cóż, typowy kurort". Ale gdzieś na ulicy kątem oka dostrzegam mały stolik z tulipanowymi szklaneczkami z herbatą, na rzężącym motorze przejeżdża spalony słońcem pan w charakterystycznej czapce na głowie, w sklepowej witrynie kobiece manekiny zakutane w chustki – w europejskim z pozoru mieście na każdym kroku widać lokalny koloryt, jest egzotycznie, inaczej, intrygująco. Rozczarowanie ustępuje miejsca ciekawości i nie wraca nawet, kiedy Best Beach Hotel okazuje się nie być wcale taki the best. Bliżej mu do prywatnej kwatery czy do małego pensjonatu, niż do typowego hotelu, co dla mnie akurat jest bardzo na plus. Tymczasem na biednej głowie naszego towarzysza "niedoli" znowu strugają się kołki: "Nie mamy nawet basenu! Wszystkie hotele wokół mają, nasz oczywiście nie!" Oj, będzie miał facet przechlapane, kwateruje siebie i... małą gradową chmurę. Zaobrączkowani pomarańczowymi opaskami, jedni z większym (czyli My!), inni z mniejszym entuzjazmem, zaczynamy nasze wakacje. 




Skojarzenia.

Stoję na balkonie, myślę – trochę jak Delhi? Nie wiem zupełnie, dlaczego, w Delhi nigdy nie byłam. Potem, kiedy wychodzimy na ruchliwą ulicę, przy której stoi nasz hotel, chyba przez te palmy, które w całej swojej różnorodności wyrastają tu na każdym kroku, przychodzi na myśl Miami. Plaża bliższa jest moim wspomnieniom o krymskim Nowym Świecie daleko bardziej, niż tym chorwackim. A szkoda. Tak, wiem, spaczone mam postrzeganie przez ten Adriatyk cudownie przejrzysty, to moje czwarte morze mętne jest dzisiaj i gorące, jak zupa, a plaża rozczarowująco brudna. Może ta nazwana na cześć Kleopatry będzie ładniejsza,
w końcu takie imię zobowiązuje. Za to od wejścia zakochujemy się w hotelowej restauracji, fantastycznie umiejscowionej na plaży, z widokiem na całe wybrzeże. W zamglonym słońcem powietrzu majaczy twierdza Kale, jak Wielki Mur Chiński, zaraz obok najstarszy w mieście minaret, a u podnóża wzgórza port i latarnia morska – nie mogło być piękniej. 


Na kolację idę z bijącym sercem, mam całą listę rzeczy, których chciałabym tutaj spróbować i głowę pełną zjadliwych komentarzy internautów na temat hotelowego jedzenia. Może nie jest to Best Beach Hotel, ale na pewno Best Beach Restaurant, jest pysznie. Kuchnia turecka w pełnym wydaniu. Dzisiaj w roli głównej uwielbiany tutaj bakłażan w wersji z pomidorami, cebulą i czosnkiem, w ogóle bardzo dużo warzyw, pyszne arbuzy, melony, a na deser... baklava. I najlepsza czarna herbata, jaką piłam, smolista, jak kawa,
o intensywnym, przepalonym smaku, który chciałabym przywieźć ze sobą do domu. Choć podobno smakuje tak wspaniale tylko tutaj, cały sekret tkwi bowiem w odpowiednim sposobie parzenia, jaki znają tylko Turcy. "Pełny brzuch znakomicie podnosi uroki krajobrazu", zwykł mawiać Kokosz z komiksów Christy i miał całkowitą rację – po kolacji podoba mi się tutaj już totalnie wszystko. 


Wieczorem odkrywamy, że Alanya to właściwie jeden wielki bazar, ale o tym już jutro.  

 

wtorek, 4 września 2012

I FOLLOW RIVERS

Wpadł mi kiedyś w oko artykuł w Onecie: Zakochany recenzent z Polski pisze otwarty list miłosny do wokalistki ze Szwecji.
„Droga Lykke – wyznaje Bartosz Sadulski – Wzdycham do Ciebie. Chociaż masz tyle lat co ja, a wolę młodsze, to Twój drugi album nie pozostawia mi wyboru. (…) Kiedy zobaczyłem teledysk do ‘I Follow Rivers’ zatkało mnie. Gęsty, ciemny, przypominający ‘Frozen’ Madonny klip do porywającej piosenki. Pomyślałem – jeśli cała płyta będzie taka jak Gotlandia, na której film nakręcono, nie podniosę się. No i mam. Myślę o tej piosence bez przerwy. Słuchawek mojego nowego, specjalnie dla Twojej płyty kupionego mp4, nie zdejmuję nawet pod prysznicem. Piosenkę nucę w czasie seksu z dziewczyną. Zdradzam ją z ‘I Follow Rivers’. Wszystko w niej jest idealnie na swoim miejscu – ostre jak szwedzka zima gitary i delikatne bębny przeplatane Twoim o wiele dojrzalszym niż ostatnio wokalem.”
Zaintrygowana, znalazłam moją pierwszą, zmiksowaną wersję tej piosenki, jedną z tych, przy których tańczę, kiedy nikt nie widzi, a zaraz za nią tę właściwą, ze wspomnianym teledyskiem i szumem morza w tle. Na dobre dwa tygodnie przepadłam, jak Sadulski. Ostatnio w Trójce usłyszałam znajomy rytm w zupełnie nowej wersji,  wokalista zespołu Triggerfinger Ruben Block broni się i głosem i wykonaniem – całość brzmi, jak dla mnie, na miarę kolejnego listu miłosnego. 
A Wam która wersja podoba się najbardziej?







poniedziałek, 3 września 2012

SESJA

Kocica zaopiekowana.
Tak, tak, Sesja okazała się być kotką, na wetrynarskie oko dwu-, trzyletnią. Dlaczego Sesja? Jakże inaczej mógłby się nazywać kot, któremu spodobało się pomieszkiwać w fotograficznym domostwie? Czy kiedyś zostanie na dobre? Trudno powiedzieć, ogromne ma w sobie umiłowanie wolności. Rankiem wita nas pod balkonowymi drzwiami zgłodniałym miauczeniem, wieczorem zjawia się z oczami, jak spodki, minutę po tym, jak samochód zaparkuje na podjeździe. Nocami przepada, nie wiadomo do końca gdzie, sądząc po umorusaniu, metę ma w jakiejś piwnicy z węglem, zapewne z kocimi kumplami, od których nieustannie zaraża się katarem. Taki mamy plan, żeby ją wreszcie z niego wyleczyć.
Tymczasem grzeje się na gorącym wzmacniaczu, co zwykła robić ostatnio, na przemian z podglądaniem pracującego A. zza zasłony, z pełnego papierów parapetu. Oswajam się z nią powoli. A. zdążył już przepaść zupełnie.
I jeszcze… jakie jest prawdopodobieństwo, żeby 58 kilometrów od domu trafić w lecznicy, która się napatoczyła po drodze w zastępstwie innej, zamkniętej, na tę samą panią weterynarz, która dwa lata temu uśpiła naszego Psa? Niewielkie, a jednak… I mimo że to kot, a nie pies, że w kondycji podobno całkiem niezłej, wychodzę stamtąd ze ściśniętym gardłem.



Zawsze byłam po stronie wyjazdów niezorganizowanych, takich na własną rękę, pod znakiem spontaniczności, przygody i całkowitego zanurzenia się w innej kulturze, społeczności. Żadne tam all inclusive, wycieczki 
w morderczym tempie, na których nie sposób zatrzymać się na chwilę, żeby zrobić dobre zdjęcie albo porozmawiać z miejscowymi, Broń Boże bezduszne hotele-molochy, drinki z palemką przy basenie i tym podobne. A jednak. Czasem po prostu nie da się inaczej. Czasem ma się w sobie jedynie pragnienie odpoczynku, wakacji, których nie trzeba będzie miesiące wcześniej planować i organizować albo najzwyczajniej w świecie ograniczone fundusze, nie pozwalające na własny scenariusz. Czasem też ma się jedynie tydzień „tu i teraz”, z którym trzeba zrobić Coś.
Nasze Coś zorganizowaliśmy dzisiaj w pół godziny, na ostatnią możliwą chwilę, a raczej ostatni możliwy wylot… Od środy zaczynamy Małe Tureckie Wakacje.

niedziela, 2 września 2012

ZAWĘDRUJĘ TAM KIEDYŚ

W Olgi opowieściach z podróży najbardziej urzekła mnie ta o świetle w oknach. O lampach, które kiedyś, jak małe latarnie morskie, wskazywały drogę do domów rybakom wracającym z połowów i które w tych oknach zostały do dziś, na stałe wpisując się w szwedzki krajobraz. Może to jakieś remedium na przytłaczające ciemności, złudzenie słonecznego światła i ciepła, których tak bardzo brakuje, kiedy zimową porą noc zaczyna wygrywać z dniem.
Są w Szwecji regiony, w których mieszkań wciąż się nie zamyka. Drzwi zastawione miotłą pod nieobecność właścicieli są jak nieme, ale bardzo czytelne zaproszenie: "Wejdź, zrób sobie herbatę, ogrzej się". W oknach nie ma zasłon czy rolet, a domów nie strzegą przed światem wysokie płoty i pancerne bramy. Chyba mogłabym być szczęśliwa w tak otwartym kraju, choć pewnie zimą nie obyłoby się bez trzech lamp w każdym oknie.
Im dłużej słucham o Szwecji, tym bardziej staje się dla mnie tożsama z Mądrością.
Nic tam nie stoi na głowie.
Wszystko zdaje się tak bardzo mieć ręce i nogi.


Fot. Olga

sobota, 1 września 2012

JAK PIES Z KOTEM

Ona. Natura stadna. Przyjacielska. Łasi się bez przerwy. Merda całą sobą. Prosi: Popatrz na mnie. Pobaw się ze mną. Pogłaszcz. Chodźmy na spacer. Wodzi tęsknym wzrokiem za swoim Panem. Waruje. Jak kocha to całym wiernym psim sercem. Po psiemu prosto. Po szczenięcemu radośnie. Oddanie. Totalnie.
Bywa męcząca. Też po psiemu.

On. Indywidualista. Miłośnik niczym nieograniczonej wolności. Lubi chadzać swoimi ścieżkami. Dać się przytulić, pomruczeć, pospać w cieple, a potem znikać, kiedy akurat ma na to ochotę. To On wybrał sobie Panią i to On określa intensywność tej relacji, nie na odwrót.
Kocim szóstym zmysłem wyczuwa, co boli. Ogrzewa. Leczy. 

Ona i On. Pies i Kot. Oczywistość i Zagadka.