wtorek, 26 marca 2013

PISANIE TO NIE FRUWANIE

Sylwia Plath, żeby pisać, wstawała o 4.00 rano. Przez trzy godziny, zanim budzili się Ted i dzieci, była poetką, pisarką, kobietą nie domową. To był jej kawałek czasu.
Virginia Woolf wiodła życie bardzo poukładane – to pisanie było jego osią. Siadała do biurka już o 9.00 rano. Pracowała przez kilka godzin, szła na spacer, wracała na przygotowany przez służące lunch. Popołudnie spędzała z książkami do zrecenzowania, potem miała swoje five o’clock, po którym pisała znowu, aż do wieczora.
Pisarskie godziny Marty Fox dzielone były z gotowaniem obiadu „na jutro”, od 22.00 kuchnia była jej azylem
i pracownią, stół – biurkiem. Do dzisiaj, podobnie jak kiedyś Zofia Chądzyńska, trzyma się zasady: dwie strony maszynopisu dziennie. Tę pisarską dyscyplinę chce w nas zaszczepić.
Notujemy złote rady. NIE dla egzaltacji, patosu, nadmiaru przymiotników i zaimków, powtórzeń, sloganów, kolokwializmów, wielokropków, dużych liter, wykrzykników. TAK dla konkretów, detali, prostoty, przenikliwości obserwacji, rzeczowników i czasowników.
Odbieramy nasze teksty, pełne zielonych skreśleń i notatek na marginesach. Miał być cud, miód i orzeszki – nie ma. Odrobina nadziei w tej zieloności, odrobina, ale jest.
„Pisanie to nie fruwanie” – słyszymy. I jeszcze to, że pisarz jest zawsze pomiędzy a pomiędzy. Pomiędzy życiem a literaturą, pomiędzy pisaniem a czytaniem, pomiędzy światami.
I pomiędzy możliwościami – myślę już w swojej dziupli. Może rozwinąć skrzydła i wzbić się wysoko w górę albo odkryć w końcu, że od zawsze jest nielotem.


Rose Pamphyle z komedii Régis'a Roinsard'a też pisze, a raczej przepisuje – na maszynie. Też się ściga ze sobą – w konkursach na najszybszą stenotypistkę. 
"Wspaniała" to pastelowy retro obrazek, który ogląda się bardzo przyjemnie. O tej przyjemności bardziej może, niż cała fabuła, decyduje jej tło – rzecz dzieje się bowiem w kolorowych latach 50-tych. Uwodzą głębokie dekolty, rozkloszowane spódnice, eyelinerowe kreski na powiekach i okulary motylki. Uwodzą eleganccy mężczyźni w kłębach papierosowego dymu, ich samochody, muzyka z gramofonów i maszyny do pisania – jedna ładniejsza od drugiej. Dla miłośników – do zakochania.
Podoba mi się Déborah François  w roli Rose. Uroczo niezdarna, lekko zahukana i bardzo zdeterminowana "dziewczynka" z prowincji, która chce być kimś więcej i której rozkwitanie jest osią tego filmu. Wielka emancypacja to co prawda nie będzie, skoro, mimo całej ówczesnej swobody obyczajowej we Francji, co bardziej przebojowa kobieta może spełnić się zawodowo najwyżej jako sekretarka jakiegoś faceta. Kobieta wyzwolona, jaką chce być i w pewnym sensie staje się Rose, wzrasta przecież pod okiem mężczyzn i od owych mężczyzn zależy.

Louis Échard to taki trochę jak Mały Książę, który hoduje swoją Różę, dostrzega w niej talent, pielęgnowanie którego ma być jak lekarstwo na jego życiowe niespełnienie. Tak, jak Louis  – wieczny mistrz drugiego planu, tak i Roman Duris nie wychodzi z cienia Déborah François, bardziej wyrazisty był dla mnie w innych swoich rolach.
Więcej chemii, niż między bohaterami, jest w samym pisaniu na maszynie, doznaniu dla rywalizujących ze sobą zawodniczek i dopingującej je publiczności niemal ekstatycznym. Tym razem większe emocje wzbudziło we mnie 515 znaków na minutę, niż "je t'aime"
co wcale nie jest niczym złym. Świetnie domknął się tym filmem wczorajszy dzień i temat tego wpisu.
Pisanie, jak fruwanie po klawiszach maszyny, dłonie o kolorowych paznokciach, jak skrzydła kolibra, a jednak nie. Bo mimo całej kobiecej zmysłowości tego obrazka i pozornej lekkości, żadne to fruwanie, tylko ciężka, okupiona poświęceniami i żelazną dyscypliną, praca. 

6 komentarzy:

  1. taka zieleń kojarzy mi się z domem.
    ptak - z upragnioną wiosną, jej brak odbiera mi chęci do życia.
    nostalgicznie tu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nostalgia nie była zamierzona, choć trudno od niej uciec w takich okolicznościach przyrody:)a jeśli jeszcze dochodzą wspomnienia... nadzieja na lepszy czas też ma kolor zielony:)ja też bardzo wyczekuję słońca na zielonych ścianach mojego domu i niechby już ptaki oznajmiły, że wiosna! pozdrawiam

      Usuń
    2. A u mnie już ptaki dawno nawołują wiosnę, ale jakoś nic z tego nie wychodzi i żal mi nas wszystkich, że marniejemy bez słońca. Tak depresyjnie nie było już dawno.

      Dyscyplina jest potrzebna chyba we wszystkich dziedzinach sztuki i wiem jak trudno ją osiągnąć. Ale trzymam kciuki za wypracowanie własnego systemu :)

      Usuń
    3. jeszcze przeczytałam, że górale wieszczą mokry rok. pora stąd emigrować

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze