Stało się. Chodzę po domu,
nucąc Marsz Imperialny. Przy Dual of the Fates podgłaśniam na tyle, na ile
pozwolą uszy A. i sąsiadów nad nami. No! – teraz dopiero Moc jest ze mną! Po
jej drugiej stronie zostawiłam wszystkich gwiezdnowojennych sceptyków i
ignorantów. I jeszcze takich, co to, jak ja kiedyś, mimo szczerych chęci,
zasypiają w połowie oglądania.
Pierwsze moje podejście do uwielbianej
przez A. sagi to lekka pobłażliwość, żeby nie powiedzieć – znużenie, ot,
walczą, i walczą, i walczą, i to wszystko, wiele hałasu o nic. Przyznaję –
myliłam się, teraz hałas robię i ja. Tym razem oglądaliśmy zgodnie z
chronologią opowiadanej historii, od części I-VI, a nie według kolejności
powstawania filmów. Oj, narażę się fanom starych Gwiezdnych Wojen, ale mnie
podobały się bardziej
i przekonały dopiero nowe, a raczej – dzięki nowym
wreszcie polubiłam i zrozumiałam te wcześniejsze. Nagle czuję emocje, jakie
musiały wypełniać katowicki Spodek podczas projekcji pierwszego filmu w 1979
roku.
Kiedy kobieta zainteresuje się tym Lucasowym Kosmosem na tyle, że
już nie zasypia po pół godzinie filmu, im bardziej wciąga ją historia, tym
bardziej ją na swój niemęski sposób odbiera. Że tylko wspomnę o przeżywaniu
każdej walki dobra ze złem, które to czuje potem w mięśniach przez tydzień. Ale
weźmy na przykład to: który facet pamięta, jaki welon miała Padmé podczas ślubu
z Anakinem? Założę się, że żaden, za to pewnie co druga kobieta nie tylko
pamięta, ale zachwyca się nim przez resztę wieczoru, jak ja. Tylko kobieta jest
w stanie takiego guru, jakim jest bohaterski Luke Skywalker, bezlitośnie
podsumować: „Wszystko pięknie, ale dlaczego ma tak beznadziejną fryzurę, jak
spod garnka?” I dla odmiany – fascynować się Haydenem Christensenem w roli
Anakina, który za tę rolę dostał Złotą Malinę, a ortodoksyjni fani na forach
internetowych nie zostawiają na nim suchej nitki. No i co z tego – to swoje
mroczne spojrzenie ma zabójcze. I chyba tylko kobieta płacze przez cały koniec
trzeciej części, od momentu, kiedy Obi-Wan Kenobi krzyczy w rozpaczy: „Byłeś
wybrańcem!”. Płakać na Gwiezdnych Wojnach? A jednak, zaręczam, można. Tak, jak
wzruszać się we wszystkich scenach z robotami, chętnie bym takie przygarnęła,
cudne są. 3-PO uczyłby mnie języków i toczył ze mną intelektualne dysputy, a
mały dzielny R2-D2 ratował mnie z opresji.
A long time
ago in a galaxy far, far away... Kiedyś, gdzieś – gwiezdny świat
walczących republik, w którym żyją obok siebie najróżniejsze, przedziwne
stworzenia o niezwykłych językach, a to ich współistnienie takie jest
naturalne, jak latanie na okoliczne księżyce. Podobają mi się te ich knajpy z
ferajną spod wszystkich ciemnych gwiazd. Ładnie brzmią nazwy krain, taka np.
Tatooine. Ładnie brzmi skakanie w nadprzestrzeń. Ale najpiękniejsze są miasta
pełne świateł i statków pływających po powietrznych ulicach, jak na
planecie Coruscant. Jestem fanką wszystkich scen z latającymi statkami (ach,
mieć taki – marzenie!) i z dźwiękiem świetlnych mieczy (chciałam kiedyś kupić
podobny w prezencie dla A., dzisiaj sama bym takim pomachała). Cały
dynamizm wszystkich walk, nawet tych dość drewnianych z pierwszych filmów, jest
w muzyce Johna Williamsa, absolutnie fenomenalnej. I cały tragizm postaci Lorda
Vadera jest w muzyce.
Bo przecież Gwiezdne Wojny to nie tylko piękne światy przedstawione. To opowieść, którą, pomijając efektowne opakowanie, po prostu trzeba kupić, tak jest uniwersalna w mówieniu o namiętnościach, nie napiszę, że ludzkich, bo w tym przypadku byłoby to nadużycie. U Lucasa człowiek nie jest we Wszechświecie sam i to przesłanie też mi się podoba. Tak, jak i koncepcja Mocy, energetycznego pola żywych istot, spajającego galaktykę w jedną całość. Proroctwa o Tym, który przywróci równowagę Mocy, poczętym z midichlorianów – trudno nie dopatrywać się tutaj konotacji z różnymi religiami czy filozofiami. Jest i Miłość, która tak samo, jak dobra, bywa zgubna i stawia mojego bohatera i po jednej i po drugiej stronie barykady.
Tak, moim bohaterem, od kiedy wiem, jaką tajemnicę
skrywa jego czarna maska, jest Darth Vader. Bezkonkurencyjnym w swojej
nieoczywistości i w walce z samym sobą, przy całej mojej ogromnej sympatii dla prawości Obi-Wana,
szyku przestawnego Yody, luzu Hana Solo i charakterku Lei. I oczywiście
robotów. Mam wrażenie, że pierwsze części sagi są bardziej serio, mimo że
kolejnym dramatyzmu też nie brakuje i że przecież wciąż ścierają się dobro i
zło, to jednak więcej tam rozładowującego atmosferę komediowego sznytu. Bardzo
jestem ciekawa tych postaci w VII części, choć trudno mi ją sobie wyobrazić bez
świszczącego oddechu w tle.
A więc stało się. Chodzę po domu nucąc muzyczny
Temat Główny. I rozmyślam, jakby mi się przydała w życiu dyscyplina Jedi.
„Skupiasz się na negatywach Anakinie. Pilnuj swoich myśli.” No właśnie. „Ćwicz
się
w umiejętności uwalniania tego, co lękasz się utracić”. „Nie próbuj.
Rób albo nie rób. Nie ma próbowania”.
I jeszcze: "Sprzymierzeńcem moim
jest Moc. A to potężny sprzymierzeniec. Życie ona tworzy. I sprawia, że ono
wzrasta. Jej energia... otacza nas i łączy. Świetlistymi istotami jesteśmy. Nie
tą surową materią".
Świetliste istoty. Ładne – że tak jeszcze po kobiecemu zauważę.
wtorek, 7 stycznia 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
pocztówki z czasu świąt
.png)
Do choinki, która pewnego grudniowego popołudnia pojawiła się "znikąd" pod naszymi drzwiami, dołączona była kartka: "Z życzeniami spokojnych, radosnych i wyjątkowych Świąt Bożego Narodzenia dla całej rodziny,
a szczególnie dla pewnej dziewczynki, która wysłała w świat swoje marzenie o pachnącej i prawdziwej choince. Mikołaj". Tak oto, dzięki naszej Oldze i splotom różnych nieprzewidzianych zdarzeń, te Święta były trochę inne, niż zwykle.
Tego roku razem z życzeniami wędrowały do Bliskich anioły ze szkła i z piernika – moje zaklinanie rzeczywistości, żeby wreszcie przybrała jaśniejsze oblicze. Kuchnia A. zamieniła się w Manufakturę Słodkich Prezentów – inspirowanych KUKBUKIEM i ulubionymi blogami czekoladowych trufli, karmelków z solą himalajską, cebulowych konfitur do mięs. Na trzy dni przed wigilią, jeszcze w Katowicach, odtwarzałam smaki domowej zupy grzybowej i kapusty – też z grzybami, bo to one grają w naszym świątecznym menu pierwsze skrzypce. U Olgi piekłyśmy norymberskie pierniczki, które tak wyrosły, że natychmiast przylgnęła do nich nazwa "pierniole". Obłędnie dobre, jak karmelki, warte powtórzenia za rok.
W wigilijny wieczór choinka zapachniała lasem, zielona i kłująca, taka, jak sobie wymarzyliśmy. A pod nią znajome słowa, gesty, życzenia, zachwyty nad pierogami, kolędy śpiewane na cztery różne głosy, radości z pięknie pakowanych przez Asię prezentów, które co roku tak samo żal otwierać, kino familijne aż do pasterki. Powtarzalność i bliskość, z których płynie spokój.
I odkrycie, że nagle, po wielu miesiącach sztormów, nastała cisza na moim morzu, ot tak, po prostu.

Do Katowic wróciłam z ogrzaną duszą i walizką pełną wspaniałych prezentów, których pokaźna książkowa część ułożyła się zaraz w stosik przy łóżku. Obok gałęzi, którymi ozdobiłam mieszkanie przed wyjazdem, pojawiła się choinka od sąsiadów, a zaraz za nią niespodziewanie to, co zostało z rosnącego przed domem świerka. Ostatnie wichury przechyliły go na tyle mocno, że zaniepokojony A. wezwał strażaków. Przyjechali całą drużyną, do tej pory nie wiem, czy rozgotowany tego dnia obiad to wina ich pięknych czerwonych hełmów, na które gapiłam się zza firanki z zachwytem w oczach nie mniejszym, niż dziecko sąsiada, czy to może rozpacz po ścięciu drzewa. Bo jeśli o drzewa chodzi, to jestem, jak Idefix, pies z komiksów o Asterixie
i Obelixie, którymi na tę okoliczność poczęstował mnie A. Nie lubię, kiedy umierają, i już.
W ostatnią świąteczną sobotę zrobiłyśmy sobie z Asią i Olgą babski dzień. Tym razem bez eksplorowania miasta i jego kulturalnego repertuaru, w duchu serialowych przyjaciółek z Nowego Jorku wybrałyśmy się na pogaduchy przy gorącej czekoladzie (na cosmopolitan było nieco za wcześnie). Rozmawiałyśmy o firmach, które rozwijają Dziewczyny, o cieniach i blaskach bycia "na swoim", o trudnych klientach i o radości z pracy, która jest pasją. Myślę, że to rekompensuje wszystko inne, to w tym jest moc, w pasji właśnie. Były i małe wyprzedażowe łowy, obwieszanie się biżuterią, szukanie "tego" odcienia szminki, bieliźniane zachwyty
i tradycyjne już narzekania, jak bardzo jakość wszystkiego schodzi na psy. Ubrań może tak, ale na pewno nie burgerów, na które wybrałyśmy się do Cooler Food. To miejsce z gatunku tych, które zasługują, żeby napisać o nich więcej, ale to już przy innej okazji. Kropkę nad "i" postawiły Asine korzenne babeczki i świąteczny weekend w domu.
i tradycyjne już narzekania, jak bardzo jakość wszystkiego schodzi na psy. Ubrań może tak, ale na pewno nie burgerów, na które wybrałyśmy się do Cooler Food. To miejsce z gatunku tych, które zasługują, żeby napisać o nich więcej, ale to już przy innej okazji. Kropkę nad "i" postawiły Asine korzenne babeczki i świąteczny weekend w domu.
A póki co, żegnajcie włóczenie się po mieszkaniu w pidżamie aż do obiadu, czytanie zaległych gazet, oglądanie filmu za filmem, wygrzewanie się przy kominku – treści moich ostatnich katowickich dni. Rozkoszne robienie wielkiego NIC. Zwolniłam maksymalnie, ze świadomością, jak bardzo będę musiała przyspieszyć od siódmego stycznia. To mój powrót do pracy i umowny początek nowego roku. Nowy rok – stare sprawy do rozwiązania.

środa, 1 stycznia 2014
nowy nowy rok
Za dużo chciałam od ciebie, dwa tysiące trzynasty.
Za dużo wróżyłam z fusów i z "magicznej" mocy liczb.
Wiem to dzisiaj, mądrzejsza o ciebie.
I oddycham z ulgą, żeś poszedł w cholerę.
Ty, Nowy, możesz toczyć się nieco spokojniejszym rytmem.
Nie mam w związku z twoim przyjściem specjalnych oczekiwań.
Ani żadnych, broń Boże, postanowień.
Żadnej spiny.
Tylko wstać jutro rano i przeżyć dzień inaczej.
Tak po prostu, mimochodem.
I każdy kolejny.
Mimochodem.
Wśród wielu życzeń – takie: "Żeby ten Nowy Rok był naprawdę Nowy". Spodobało mi się szczególnie, więc tego życzę i Wam. Naprawdę nowego kolejnego roku. Dobrze nowego.
A w moim... "stare" niech pozostaną tylko Bliskie Osoby – Moi Ludzie. Zdrowi i uśmiechnięci.
Niczego bardziej nie chcę.
A że dałam się wciągnąć w ten świąteczny czas w gwiezdnowojenne historie, pozostając w klimacie:
Niech moc będzie z Wami.
wtorek, 5 listopada 2013
grawitacja – siła obrazów, nieważkość słów

Zrobiliśmy to zdjęcie z okna na strychu, przed wyjściem do kina. Kiedy je obrócić, nabiera jakiejś nieziemskiej perspektywy. Więc tak zostało.
Co bardziej wrażliwym podczas oglądania "Grawitacji" kręci się w głowie, może to choroba lokomocyjna,
a może po prostu ogrom przeżyć. Nadwrażliwcy, jak ja, wychodzą z seansu nie tylko zachwyceni, ale i obolali, jakby właśnie stoczyli jakąś gwiezdną wojnę.
Pierwszy raz byłam w IMAX-ie, ale równie dobrze mogłabym napisać, że pierwszy raz byłam w kosmosie. Dosłownie. Bo poczułam go każdym zmysłem, każdym napiętym mięśniem i każdym nerwem. Bo groza położenia dr Ryan Stone (Sandra Bullock) przez dziewięćdziesiąt minut była moją grozą, a jej walka o powrót na ziemię – moją walką. Jak nigdy, nie przeszkadzały mi dwie pary okularów na nosie, zapomniałam o nich od pierwszej sceny.
Alfonso Cauron stworzył hipnotyzujące wizualne arcydzieło, z gatunku takich, w których treścią są obrazy
i dźwięki. To w nich, nie w słowach, dialogach, nie w fabule, dość schematycznej zresztą, jest środek ciężkości. "Nieważkość słów" w tytule tego posta wzięła się i stąd, że – co tu dużo pisać – ten film po prostu trzeba zobaczyć. I usłyszeć, bo samotna, kosmiczna cisza ma tu brzmienie porażające.
niedziela, 3 listopada 2013
***
Deszcz
mówiłem tobie już pięćdziesiąt kilka razy,
żebyś już poszła sobie, przecież pada deszcz,
to przecież śmieszne takie stać tak twarz przy twarzy,
to jest naprawdę niesłychanie śmieszna rzecz.
żebyś już poszła sobie, przecież pada deszcz,
to przecież śmieszne takie stać tak twarz przy twarzy,
to jest naprawdę niesłychanie śmieszna rzecz.
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
żeby tak w oczy patrzeć: kto to widział?
żeby pod deszczem taki niemy film bez słów,
żeby tak rękę w ręku trzymać: kto to słyszał?
a przecież jutro tutaj się spotkamy znów.
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
na Żoliborzu są ulice takie śliczne,
takie topole, a w tropach taki wiatr,
gdy przyjdzie wieczór, świecą światła elektryczne
i tak mi dobrze, jakbym miała osiem lat.
takie topole, a w tropach taki wiatr,
gdy przyjdzie wieczór, świecą światła elektryczne
i tak mi dobrze, jakbym miała osiem lat.
mówisz: "Kochana!"
ja ci mówię: "Mój Kochany!"
i tak chodzimy i na przełaj, i na skos,
a w tej ulicy, która idzie na Bielany,
jest tyle świateł, jakby Chopin nucił coś.
ja ci mówię: "Mój Kochany!"
i tak chodzimy i na przełaj, i na skos,
a w tej ulicy, która idzie na Bielany,
jest tyle świateł, jakby Chopin nucił coś.
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada
i tak się trudno rozstać,
tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.
(Anna Maria Jopek, Marek Jackowski, tekst: Konstanty Ildefons Gałczyński)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpeg)


